piątek, 25 września 2015

Krakowska PA

11 lipca 2015, pierwsza nieprzespana noc


       Krakowski plac Axentowicza, przez lokalsów zwany od zawsze Skwerkiem, nie jest terenem przesadnie sympatycznym. Nic więc dziwnego, że otrzymał nazwę Więźniów Obozów Zagłady, bo kto inny miałby ochotę patronować miejscu, które oddziela kościół świętego Szczepana od Kurczaka, od legendarnego sklepu Kurczak, w którym to po raz pierwszy kupiłam krojony chleb (dawniej nie było chleba krojonego, czasem nie było chleba wcale). W Kurczaku, królującym spod szyldu sieci sklepów Społem, we wczesnych latach dziewięćdziesiątych można było nabyć wszystko, co niezbędne do prowadzenia standardowego gospodarstwa domowego: chleb za złoty dwadzieścia, a potem za złoty sześćdziesiąt, jeszcze nie krojony, z miękkim, wilgotnym miąższem i zdecydowanie chrupiącą, przyrumienioną skórką (z babcią za każdym razem toczyła się walka na słowa o piętki); dwadzieścia pięć deko szynki wiejskiej, żurek, dwadzieścia deko sera żółtego, emmentaler albo gouda, o, ten może być i jeszcze dwie laski kiełbasy, też wiejskiej. Woda mineralna, Muszynianka średnio gazowana, płyn do mycia naczyń Ludwik (po którym zawsze wychodziła mi wysypka na dłoniach: czerwone kropki będące naocznym świadkiem i jawnym dowodem tego, że nie jestem stworzona do mycia naczyń), aha, bułki jeszcze, rogalika, dwie kajzerki, dwie sztangielki, wekę i chałkę, proszę. Wiem, że dużo pieczywa, ale to do ryby, dziś piątek, post, będzie śledź i weka, nic więcej, nawet masła nie można. Może to Wielkanoc albo Adwent?

       Wracając do kwestii skwerku: nic więc dziwnego, że nikt poza jeńcami obozów zagłady nie chciał objąć tego miejsca w posiadanie: miejsca, w którym trawa nigdy za wysoko nie wyrasta, gdzie panuje cień, psie siki śmierdzą wyjątkowo kwaśno i nieprzyjemnie, a pijaczki popijają piwko na co drugiej, obdrapanej z ciemnozielonego lakieru, ławce. I jeszcze, gdzie siwy, potargany staruszek karmi codziennie gołębie o zaropiałych oczach i połamanych nóżkach. Niech i karmi, co innego ma do roboty, co innego one mają do roboty. Niech jedzą, na zdrowie.
       Mijam Kurczaka, omijam skwerek szerokim łukiem, zmierzam w kierunku ulicy Królewskiej, dawniej 18 stycznia. Mijam Park Krakowski, dochodzę do Placu Inwalidów, w czasach sprzed reformy ustrojowej zwanym Placem Wolności. Idę na przystanek, wypatruję autobusu 164. W trakcie oczekiwania, a nadmienić należy, iż dzień jest wyjątkowo gorący, nad wyraz duszny, a tłok na przystanku jest taki jak zawsze: przejebany. W każdym razie, na myśl przychodzi mi wizja Krakowa post-apokaliptycznego. Zastanawiam się, jakby to było, jakby nic było.
       Najpierw smog wybił tych bardziej wrażliwych: z astmą, krupem, mukowiscydozą, alergiami i pozostałymi infekcjami górnych i dolnych dróg oddechowych. Innych wykończył ZUS, fiskus, MOPS, Grodzki Urząd Pracy, mający swoją siedzibę tuż przed końcem świata, przy ulicy Wąwozowej; wlepiająca mandaty za niewłaściwie zaparkowane golfy i punciaki straż miejska; psy, co to nigdy nie biorą w łapę; kanary, które nigdy nie odpuszczają; starsze babcie, klepiące różańce w tramwaju numer osiem; dziadkowie, plujący i smarkający bezpośrednio na chodnik (po co brudzić materiałowe chusteczki i marnować te bardziej higieniczne, miękko-papierowe); wrzeszczące i płaczące dzieci, zawsze chcące więcej, nigdy w pełni niezadowolone; kobiety, zawsze chcące więcej, nigdy w pełni niezaspokojone; mężczyźni, których już dawno nie ma, oni wyginęli jako pierwsi, jeszcze na wojnie: pierwszej, a potem drugiej. Do trzeciej nie dotrwali, trzecia wojna przyszła szybko i niespodziewanie, zastała nas z ręką w nocniku, z lekko uniesioną lewą nogą, wciąż nieprzystosowanych, niegotowych do skoku.
       Trzecia wojna zaczęła się od smogu, który wytruł co bardziej wrażliwych. Potem padły resztki mężczyzn, te zniewieściałe, gejowate i shipsterzone; padli faceci z wąsami wystylizowanymi równie mocno, jak ich fryzury na głowach (boki wygolone, włosy na czubku głowy dłuższe, związane w koński ogon); oni nie walczyli, ani nie bronili się, bo to nie byłoby trendy any poshy: modnie i cool jest sączyć zimne piwo (rzecz jasna ciemne, niepasteryzowane, ważone w tradycyjny, jedyny i właściwy sposób, ewentualnie sprowadzane z południowej Pragi, tej czeskiej, lub z Berlina, z dzielnicy galerii sztuki), podczas gdy zaraza i sprzymierzone wojska już-nie-tak-tajnej koalicji rozpierdalają ludzi i kładą ich na ziemie i na chodniki, jak do łóżek. Widziałam Rynek zasłany ciałami, całe Planty przykryte gęstą masą cielesną: zapijaczoną, zapreclowaną, zakleparzoną, zakulturzoną. Zasztukowaną. Brudne ciała w kolorowych fatałaszkach (poza czarnymi, neo-hipsterskimi) zaścielały ulice i chodniki, trawniki i ujścia piwniczek ściekowych, rzędami, piętrowymi rzędami rozchodziły się ramiona martwych ciał: w Rynku było centrum, rosło serce, które już nie było, bo nie biło; zwiotczałe ramiona ciągnęły się w stronę Wawelu, Nowego Kleparza, Galerii Krakowskiej, Galerii Bronowice, Bonarki, Plazy, M1 przy Alei Pokoju, CeHa Czyżyny, DeHa Wanda, Galerii Kazimierz i kilku innych miejsc, tworząc tym samym figurę 2D o przedziwnym kształcie, jeśliby spojrzeć na nią z góry. Potomni, rzecz jasna przyjezdni i napływowi, nazwali tę figurę Rozgwiazdą Krakowską; widniała ona potem w niektórych atlasach historycznych online, ale jedynie tych, do których dostęp chroniony był płatną subskrypcją trzyletnią.
       Widziałam Kraków post-apokaliptyczny, Kraków w gruzach, rządzony spod tęczowej flagi, ze studzienek ściekowych.
       Widziałam odbudowane krypty wawelskie, w których spoczął Kaczyński, obok swego brata i Komorowski tam spoczął, i Tusk również i nawet JPII, którego sprowadzono z Watykanu na bardziej znamienite miejsce, na miejsce większej godności, większej, bo cierpiętniczej, owianej uświęconą, martyrologiczną mgiełką pijacką. Mgiełka składała się z białej gęstej mazi i drewnianych krzyży, które cięły wokoło co popadnie. Kłuła ta mgiełka i zakrywała święte tereny po średniowiecznym zamku wawelskim, po nieistniejącym już grodzie.

fragment, 2015

czwartek, 24 września 2015

Spowiedź święta Aśki

- Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus.
- Na wieki wieków, amen.
- Ostatni raz do spowiedzi byłam w zeszłym roku. Pokutę odprawiłam. Następującymi grzechami obraziłam Pana Boga: przeklinałam. Dużo przeklinałam. Używałam imienia Pana Boga na daremno. Złościłam się, gniewałam i krzyczałam. Nie odnosiłam się do rodziców z szacunkiem. Złorzeczyłam. Życzyłam śmierci, ciężkiej i bolesnej. Życzyłam obudzenia się w grobie i żeby robaki go jadły od środka, żeby dziurę w brzuchu mu zrobiły. Żeby cierpiał. Bardzo i długo. I jeszcze cudzołożyłam.
- Z jednym?
- Z wieloma.
- Ile razy?
- Nie pamiętam.
- Ale dużo czy mało?
- Dużo. Zdecydowanie dużo. I głównie od tyłu.
- Żałujesz?
- Nie żałuję.
- W takim razie nie mogę dać ci rozgrzeszenia. Żeby winy były odpuszczone, musi pojawić się żal za grzechy i mocne postanowienie poprawy. To z pięciu warunków dobrej spowiedzi.
- Proszę księdza…Ksiądz musi mi dać rozgrzeszenie. Ja…Boję się. Boję się, że niedługo umrę, że zwariuję i nie zdążę się już nigdy więcej wyspowiadać. Proszę księdza…Ja nie mogę trafić do piekła. Już tam byłam i przyrzekłam sobie nigdy nie wracać. Błagam o litość.
- W takim razie odmówisz cały różaniec do Matki Boskiej Bolesnej, a w intencji rodziców zmówisz jeszcze koronkę. A teraz zamknij oczy, przeproś Pana Boga i módl się, żeby Ci wybaczył. – mówi ksiądz, którego twarzy na szczęście nie widzę. Jest szczelnie zakryta drewnianą kratką. Coś tam mamrocze pod nosem (ksiądz, nie kratka), potem podnosi prawą rękę i w powietrzu rysuje krzyż. – Ja odpuszczam tobie grzechy, idź w pokoju.
- Bogu niech będą dzięki. – odpowiadam i podnoszę się z trudem. Podchodzę bliżej księdza po to, by ucałować jego fioletowo-złotą stułę. Całuję i mówię:
- Raz jeszcze Bóg zapłać. Szczęść Boże.
- Szczęść Boże. – odpowiada szary, niewyraźny głos. Kątem oka spoglądam w stronę duchownego, ale on nie patrzy na mnie, cała jego uwaga skupiona jest na kolejnej osobie, następnym grzeszniku, który zdążył już uklęknąć przy ciemnobrązowym konfesjonale z dębowego, fornirowanego drewna. Pachnie starym woskiem i przedwojenną perfumą. Biorę głęboki oddech i żwawym krokiem wychodzę na pole. Opuszczam boski przybytek.

fragment, 2015

Zawsze wiem, kiedy nadjeżdża 164

       Czekając w nieznośnym upale, wynoszącym trzydzieści trzy stopnie w cieniu, patrząc na tłumy ludzi, na rzesze otaczających mnie mord i mordeczek, z których to jedna mądrzejsza i piękniejsza jest od drugiej, zastanawiam się nad fenomenem autobusu numer 164. Jest to linia, którą owszem, podróżuję często, równie często, jak dawniej tramwajem numer 8. Fenomenem jest to, że potrafię rozpoznać ten autobus z przodu, z tyłu i z każdego z obu boków, nawet jeśli numer nie jest widoczny. Autobus linii 164 rozpoznaję o poranku i o zmierzchu, w każdych warunkach pogodowych i o każdej porze roku. Wyczuwam go i rozpoznaję po sposobie, w jaki zbliża się do przystanku. Zawsze wiem, czy na niego zdążę czy nie; teraz na przykład wiem, że się spóźnia i że przyjedzie zaraz, i że wsiądę do niego i wspólnie odbędziemy tę jedną podróż.
       Nadjeżdża. Wsiadam. Wsiadamy wszyscy. W autobusie tłok, staję na miejscu dla osób na wózkach inwalidzkich i momentalnie zauważam dwójkę Francuzów. Nie mówią zbyt wiele, wpatrzeni w mapę, co jakiś czas wykrzykują: supermarché! Supermarché! Zastanawiam się czy chodzi im o Galerię Krakowską (jeśli tak, to powinni zaraz zbierać się do wyjścia) czy może o Simply? Odzywa się we mnie lingwista i społecznik, mam wielką ochotę, żeby zagadać i doradzić im w zakresie krakowskich supermarché.
       Po dwóch przystankach zwalniają się miejsca naprzeciwko i obok Francuza. Siadam naprzeciw. Miejsce obok zajmuje młody chłopak, jak się później okazuje, z zespołem Downa, lub też Aspergera. Po twarzy widać, że nie wszystko z chłopakiem jest w porządku, w rękach trzyma chleb i mówi do siebie, dużo mówi i co chwilę trąca łokciem Francuza. Zastanawiam się, co pomyślą sobie o Polsce i Polakach: że same pojeby, czy że kraj tolerancyjny i dużo wsparcia mamy dla osób niepełnosprawnych.
        - Kurr-wa, kurr-wa, chleb mam, chlebek sobie trzymam. – mówi do siebie chłopak. Dużo przeklina, słowa są łamane w pół, wyskakują z niego nieproszone, nie może nad nimi zapanować. – Kurrr-wa, chlebek spada, dziuu-ra, dziura w chlebku, dziuu-ra.
       Nie patrzę na niego, nie chcę być przecież uznana za nachalną czy niegrzeczną. Jednak z każdą chwilą chłopak zaczyna coraz bardziej lamentować.
       - Spada, po-kur-wa-po-mocy, chle-chlebek spada. Nie bój się chlebku, nie bój, cz-czy pan mi pomoże, cz-czy pan mi pomoże?! – pyta Francuza z rozpaczą w głosie. – Ja nie mogę dźwigać, chle-chlebek spadnie, nie spadnie, nie mogę, kurr-wa, dźwigać. Nie mam go jak dźwigać!
       Podnoszę głowę. Francuz ukradkiem, ale znacząco, spogląda na swoją partnerkę i z ruchu warg wyczytuję nieme i błagalne: supermarché.
       Chłopak jest coraz bardziej rozedrgany i przestraszony, zaczynam się zastanawiać czy jeździ autobusem sam czy wsiadł z jakąś opiekunką? Na szczęście sytuację ratuje pani siedząca obok mnie, święta polska Tereska. My wszystkie święte, jako i ona. Okazało się, że chłopakowi przedarła się folia, w której trzymał chleb i kromki zaczęły spadać mu na kolana, na brudne kolana i na brudną podłogę. Pani wyjęła siatkę z Auchan, wzięła od chłopaka chleb i włożyła go do foliowej torby, którą tak dobrze znam. Chłopak podziękował, Francuzi odetchnęli z ulgą, uśmiechnęli się, ja też oddycham, też się uśmiecham, wszyscy się uśmiechamy i cieszymy: kryzys zażegnany, możemy iść dalej, udawać, że nadal żyjemy, chłopak zaczyna wydawać z siebie charkot przypominający Golluma…Na kolejnym przystanku wysiadam czym prędzej, włączam głośniej muzykę, mieszam się z szarym smogiem szarego miasta żywych trupów zachlanych poetów, niepotrzebne skreślić.

fragment, 2015

środa, 2 września 2015

Koniec trasy

I mówisz:

- Proces światłoczuły, elektrolit, kondensator, zaćma i przysłona, bury kot w szarym, lnianym worku.

Stoimy na przystanku przy Placu Inwalidów, jest potworny upał i woda z nas paruje. Ty mówisz, kątem oka obserwując strużkę potu spływającą po mojej szyi, pewnie wyobrażasz sobie, jak przyjemnie byłoby ją zlizać, zasmakować, kiedy dotrze już do linii oddzielającej krągłe, twarde piersi.
- Nie wyłgasz się fizyką, ani matematyką. Procesy chemiczne również cię nie tłumaczą. – stwierdzam chłodno.
Mówię i w momencie czujemy, jak temperatura spada o dobre dwanaście stopni. Powietrze jest niejednorodne, odizolowuję zapach chłodnej wody, a ciebie ratuje autobus linii 164, który właśnie nadjechał. Wsiadamy. Zajmujemy miejsce zaraz za kasownikiem.
I mówisz:
- Taka błona na oku, łuska, coś jakby…
Zapętlasz się. Brniesz w niepotrzebnie skomplikowane konstrukcje.
- Ale mała… - zaczynasz tonem, którego się boję; głosem, który dał początek procesowi światłoczułemu.
- Niniejszym oskarżam szare rybaczki o współudział. – stwierdzam, wpatrując się w migające światełka ledowe, w maleńkie żaróweczki, które składają się na nazwę następnego przystanku.

Oddychasz z ulgą, ale jest to radość przedwczesna. Z megafonu dobiega męski głos:
- Krowodrza Górka. Koniec trasy. Prosimy wszystkich o opuszczenie pojazdu. Dziękujemy za wspólnie odbytą podróż.
09.2015

czwartek, 11 czerwca 2015

Background



Bez głębszych przemyśleń i pomijając dłuższe chwile zastanowienia, podejmuję decyzję i zamierzam dotrzymać danego samej sobie słowa. Mimo, iż w przeglądarce odruchowo wpisuję adres Google, powstrzymuję się, żeby równie machinalnie nie wpisać pogoda Kraków. Sprawa nie jest tak prosta, jakby zdawać się mogło z początku. Dla równowagi, dla zaspokojenia budzącej się żądzy odruchów i przyzwyczajeń, wpisuję nazwisko włoskiego pisarza. Wzrokiem przelatuję biografię, przelotnie spoglądam na zdjęcie. Ostatecznie, wracam na Google i wpisuję pogoda Kraków. Wpisuję, wciskam enter i czekam. Momentalnie, bez zbędnych reklam i nachalnych pop – up’ów, które w internecie pełnią funkcję między innymi retardacyjną, pojawiają się obrazki, oznaczające pogodę na nadchodzące dni.
            Na dziś przewidziano chmurę. Wyglądam przez okno, siedzę akurat przy stole w kuchni, i utwierdzam się w przekonaniu, że jest nad wyraz słonecznie: ciepłe podmuchy wiosennego wiatru wpadają pod podwozia samochodów zaparkowanych wzdłuż asfaltowej drogi, suną pod nimi i delikatnie muskają filtry, przewody, silniki i pozostałe, samochodowe wnętrzności, ociekające czarną ropą, pachnące zimną rdzą, trzeszczące i cicho, rytmicznie dudniące.
            Ponownie spoglądam na rysunek chmury i na kolejne obrazki, ukazujące pogodę na najbliższe dni. Niezależnie od tego, czy przewidywania wirtualnych meteorologów mają rację bytu czy też nie; czy sprawdzą się czy nie; czy odnajdę miłość czy nie: czuję się spokojniej. Bezpieczniej. Jest coś stałego, coś organizującego, coś znanego i w ramach tej konwencji możemy podjąć dyskusję na argumenty. Na konkrety.
*
            Kolejny odruch polega na sprawdzaniu telefonu: naciskam palcem środkowy guzik, który jest jednym z dwóch tylko guzików, w które został zaopatrzony biały telefon marki El Dżi. W sumie, tak sobie myślę, całkiem fajne imię dla psa albo dla bohaterki kubańskiej powieści z gatunku magicznego realizmu: El Dżi: Eldżi miała długie włosy, zwykle chodziła w zwiewnych, błękitnych sukienkach, małe piersi odznaczały się ostrym, kanciastym zarysem spod trochę nazbyt przepoconej, lnianej, bluzki. Dziewczynie często towarzyszył bury kundel, mały pies o tym samym, co ona, imieniu. Szli razem, pod wiatr, pod kubański wiatr i podśpiewywali sobie: Angie, oh, Angie…
Wracając do kwestii telefonu: wciskam guzik, sprawdzam, co na ekranie. Jeśli jest wiadomość – czytam. Jeśli powiadomienie – nie czytam. Jeśli nie pojawia się nic prócz daty, godziny i poziomu nasłonecznienia atmosfery oraz nawodnienia gleby poprzez powietrze, w znaczeniu takim, że przestrzeń powietrzna staje się niejako tunelem, drogą dla deszczu, dla kropel, jeśli więc nic więcej się nie pojawia, wtedy nie odblokowuję telefonu i poprzestaję jedynie na skonstatowaniu faktu, iż nikt nie napisał.
*
            W jej spojrzeniu dostrzegłam zakamuflowany pytajnik. Nie podjęłam wyzwania, weszłam do gry, posłusznie stosując się do jej reguł. To, co chciała usłyszeć, odpowiedź, której oczekiwała – została udzielona. Jestem posłuszna, mamo. Jestem taka, jaką nauczyłaś się mnie widzieć.
            Ciemną nocą idę od strony przystanku autobusowego, nie słychać, żeby coś jechało. Spoglądając w stronę południowo – zachodniego nieba, jednocześnie błądząc językiem wzdłuż górnego łuku zębowego, szukam układu gwiezdnego Plejad. Punktem orientacyjnym jest, rzecz jasna, konstelacja Oriona. W międzyczasie czuję, że lewa dłoń zadrgała dwukrotnie, prawa noga zstąpiła z krawężnika, nie zauważając go uprzednio. Schodzę. Chwieję się; prawie upadam.
            Niepokalana. Pod paznokciami żwir. Pod powiekami gruz. W głowę strzał.
            Szczerze? Tak. Tak właśnie uważam. Jesteś winna. Jesteś wszystkiemu winna.
*
Dziwne, a może nie tylko dziwne, co ciekawe jest to, że, kiedy przed chwilą roześmiałam się pisząc o Eldżi, złożyłam dłonie i przysłoniłam nimi usta i nos, tak żeby śmiech nie uciekł, nie rozpierzchł się, żeby został ze mną na dłużej. Robiąc to bezwiednie, poczułam twój zapach, silny zapach ciebie i twojego ciała. Ostatnio bardzo mocno czuję cię na sobie, na ciele, czuję też twój zapach. Ciekawe, że właśnie pożyczyłeś mi do przeczytania „Imię, zapach” Italo Calvino.
fragment rozdziału "Background", 2015

środa, 27 maja 2015

Biegnę (przez zimowy las)

Biegnę nago przez zaśnieżone pola, przez oblodzone łąki,
zamarznięte pąki makowe wbijają się w palce stóp,
ranią kostki.
Łudzę się, że im szybciej będę biec, tym wolniej będę zamarzać.

Słyszę, że idziesz za mną, twoje buty
łamią z impetem kruchą lodową pokrywę,
a oddech jest szybszy od biegu i trująca,
chrzęszcząca para wyprzedza cię o dwa kroki.
Uprzedza.

Zimny, zimowy lesie. Nie przeciekaj.
Nie krwaw pustymi ławkami,
nie cieknij głuchą ciszą,
nie ulatniaj się,
nie wypadaj z otwartych dłoni, z rozplecionych palców.

Na karku czuję chłód twojego głosu.
Śledzi mnie pusty cień, okrąża
dudniący stukot i zduszone przekleństwo,
tłuste jak mój warkocz,
ciężki od wody, którą nasiąkł kiedy latem
kochaliśmy się w jeziorze,
skryci w tataraku,
wpatrzeni w czarne niebo pełne gwiazd.

Biegnę dalej. Przyśpieszam. Uwalniam się
od twojego głosu, który pętlą zawisł na mojej szyi.
Uwalniam twój uścisk, upuszczam poszarzałą dłoń.

Nie szukaj mnie.
I tak mnie nie znajdziesz, nie dogonisz.

Zamrożone słowa utykają w gardle,
kołaczą się w krtani, wyplute
plątają wśród drzew.

Zamarznięte gałęzie, ostre jak brzytwa,
tną nas na kawałki.

Mówią o nas wolno, szepczą o ostatniej,
wspólnej zimie.

Uwalniam ostatnie tupnięcie,
głośne i straszliwe, że
aż oddech staje.

Teraz już wiem, już wierzę,
że mnie nie dogonisz. Nie złapiesz,
nie pojmiesz, nie usidlisz.

Jeszcze bardziej przyśpieszam.
Liczę, że został mi choć jeden
oddech wolności, zamrożony las
kusi mnie i woła w głąb siebie.

W szczelinie zamarzniętych ust
wylęgają się pierwsze słowa
piosenki o nieznanym tytule.

Wciągam powietrze głęboko przez nos
i liczę do czterdziestu.
Z każdym wydechem jest mnie mniej,
Każde uwolnione słowo
grzęźnie w rozchełstanej wydmie z śniegu,
w poszarpanym szronie, w tafli z błękitnego lodu.

Wolność jest mroźna, z pasją bije w gongi z lodu,
ciągnie za rozwiane włosy, gryzie w odmrożone ucho.

Wolność jest
białą zimą, która nie pozwala zasnąć,
zamrożoną siłą, która nie daje odpocząć
księżniczką z mrozu i lodu, która nie
2014

środa, 13 maja 2015

Okna



Okna zdjęli już dawno. Nie pamiętam dokładnie, kiedy to było, ale na pewno dawno. Co było potem? Potem położyli je pod ścianą, o tu, gdzie teraz leżą i mieli wywieźć następnego dnia.

Czekałam od samego rana, ale nie przyjechali. Nie pojawiali się też kolejnego dnia, ani jeszcze następnego. Wcale się nie pojawili.

Od tego czasu leżą te okna, o tu, pan sobie popatrzy. Popodziwia. Nie, nie sprzątam ich, bo i po co? Już przywykłam do ich widoku, a i dzieci mają frajdę. Wie pan, córka moja, to najmłodsze, co na boso lata, to chyba baletnicą będzie. Ona to potrafi, mówię panu, wskoczyć na te okna i lekkim krokiem stąpać po framugach. Tańczy na rozbitych oknach, na potłuczonych szybach i wygląda jak gwiazda z serialu.

Nie, ja nie tańczę. Za stara już jestem i za poważna, proszę pana. Matkom to już tańce nie przystoją. A i czasu też nie ma. Ani głowy.

Wie pan, kiedyś, zadrasnęła się. Noga jej się omsknęła, łydką przejechała po krawędzi szyby…Aj, krwi było co niemiara. Już się bałam, że nie zatamujemy, ale się udało.

Ale dalej tańczy. Nie przejęła się ani trochę, diablica jedna. Czemu jeszcze bandaż nosi? A, bo to się niedawno stało, z rok czy dwa lata temu…Rana jeszcze nie w pełni zagojona. Wiem, wiem, że bandaż brudny. A jaki ma być, jak ona ciągle ino po tych oknach skacze i tańczy?

Z cyklu: Trzysta Cieni, 2014

Matka



Matka mówiła mi często: nie krzyżuj nóg, to nieprzyzwoite. Słuchałam jej i robiłam, o co prosiła. Jednak, gdy tylko zalazłam się sama w swoim pokoju, nogi automatycznie wracały na swoją właściwą pozycję, do swego naturalnego stanu. Jeśli siedziałam, prawa noga zawsze szła nad lewą, okrywała ją i dawała cień. Jeśli siedziałam na podłodze i nogi wyciągnięte były do przodu, wtedy krzyżowałam je w kostkach. W tej konfiguracji to lewa była górą i wgniatała prawą w parkiet lub wersalkę.

Nie wiem czy to z powodu niekrzyżowania czy wrodzonej determinacji, dosyć szybko poznałam zalety męskiego ciała. Młode, silne, jędrne i umięśnione często konkurowało z tym bardziej wiotkim, mniej elastycznym, acz bardziej wprawnym. Ciałem.

Mijały dni, mijały lata. Matka mocno się postarzała, ja dorosłam. Wieczorami często siadamy razem i rozmawiamy. Matka już nie mówi, żebym nie krzyżowała nóg. Nie przypomina też, żebym za często ich nie rozkładała. Nie. Jest kulturalną matką, z klasą i matczyną dostojnością.

Jeśli jest wieczór i akurat nie rozmawiamy, wtedy wychodzę przed blok. Spaceruję wokoło, głaszczę poranione tynki, podziwiam cienie, które nie wiem co rzuca na szare mury. Raz nawet polizałam ścianę bloku, ale było to dawno temu, jeszcze w podstawówce.

Matka mówiła mi często: no, zobaczymy co z ciebie za ziółko wyrośnie. A jeśli nic nie wyrośnie? To co wtedy, mamusiu?

Pytam się ścian, pytam się nieruchomych cieni, oniemiałych chwastów. Ale nie ma odpowiedzi. Cicho i głucho. Wokoło. Nikt już nie śpiewa.

Z cyklu: Trzysta Cieni, 2014 


wtorek, 3 marca 2015

Kawa na Stolarskiej

Zawsze czuję wewnętrzną radość, zwaną przeze mnie radością w brzuchu, kiedy idę przez Sienną letnim popołudniem. Mam taką niepisaną tradycję, która zawiera w sobie następujące części składowe:

Jeden. Stukają tępo obcasy, deptam z humorem kocie łby. Jeden za drugim prowadzą mnie w to samo miejsce.
Dwa. Chodnik jest chłodny, nie przepuszcza ciepła, które chroni się w szczelinach pomiędzy kamienicami. Wsiąka w cegły, topi się w starym tynku.
Trzy. Kawa na Stolarskiej zawsze jest taka sama. Duża i ciepła i to są jej główne zalety. Reszta mnie nie interesuje, bo kto interesowałby się czymś, co dopiero ma nadejść i jeszcze się nie zmaterializowało w naszym polu morfogenetycznym?
Cztery. Świadomie i zdecydowanie odrzucam wspomnienie, które zawsze pojawia się w tym miejscu, w podpunkcie numer cztery. Czasem zjawia się nieco wcześniej, pomiędzy dwójką i trójką, ale ostatnio dużo nad sobą pracowałem, dlatego wspomnienie pojawia się dopiero przy czwórce.

Zapominam. Zapominam i odrzucam następujące obrazy, które mimowolnie pojawiają mi się przed oczami w podpunkcie czwartym, lub czasem (ostatnio zdecydowanie rzadziej) pomiędzy podpunktem drugim i trzecim:

Obraz pierwszy. Idziemy razem Sienną. Trzymamy się za ręce. Ty masz rozpuszczone włosy, świeżo tlenione na kolor jasny blond. Świergotasz i śmiejesz się tak dziecięco; promiennie i naturalnie.
Obraz drugi. Stajemy. Przysuwamy się bliżej kamienicy, tej zaraz za zielonym kioskiem na kółkach. Pachniesz wodą morską, kostkami lodu i malinami z miętą.
Obraz trzeci. Robi się gorąco. Nie rozglądając się wokoło, przecież późno już i ciemno, przyciskam cię mocniej do ściany. Obracam tyłem. Masz zwiewną sukienkę i lekkie, zwiewne pragnienia.
Obraz czwarty. Paznokcie szukają szczelin, punktu zaczepienia. Dusisz w sobie krzyk, trochę tynku spada wprost na ziemię. A trochę na moje buty. Głośno się potem z tego śmiejemy.
Obraz piąty. Pijemy kawę na Stolarskiej. Kawa zawsze jest taka sama. Duża i ciepła i to są jej główne zalety.
Z cyklu Trzysta Cieni, Galeria Słowa, 2014

środa, 31 grudnia 2014

Bose stopy na zielonej trawie, na wilgotnej ziemi. Bose stopy.



Siedzę z prostymi plecami. Łopatki ściągam do tyłu, rozchylam mimowolnie wargi. Stoisz naprzeciwko mnie. Patrzysz daleko, przeze mnie. Podchodzisz bliżej dopiero po trzech głębszych oddechach. Nadal stojąc, kładziesz mi na ramionach dłonie i prawym kolanem rozsuwasz nogi. Moje uda są ciepłe i pachnące. Świeże, miękkie i przytulne.
Wyginam plecy w łuk, głowę odchylam do tyłu. Czas zanikł, trzy zera i jedynka wiedzą o tym najlepiej. W tej mistycznej wręcz chwili zawsze myślę o zimie albo o kosmosie. Jestem korzeniem, jestem portalem, jestem magiczną bramą do wszystkich wymiarów. Możesz mnie posiąść, jeśli będę miała na to ochotę, a ty wystarczający zapas sił i chęci. Cii, sączy się z nieba czysty śnieg. Ktoś rozkruszył bułkę, okruszynki zaścieliły zielony dywan w ogrodzie.
Bose stopy na trawie, niczego więcej nie pragnę. Bose stopy na ciepłej, wilgotnej trawie. Słoneczny poranek. Robię skłon do przodu, pochylam się, tak żeby zrobić ci miejsce. Bose stopy na ciepłej, wilgotnej trawie.
Kapie ciepła krew, żywy dowód naszego zespolenia. Naszej ciepłej, wilgotnej miłości, bose stopy na zielonej trawie. Na brązowej ziemi. Na czarnym węglu. Na wodzie. Na ciepłym źródle. Na złocie. Na żelazie. Na sferycznym krysztale.
Bose stopy chłoną z ziemi, z zielonej trawy, chłoniemy razem.
Lato już niedługo. Już mniej niż pół roku. Wytrzymam. Wytrzymam.
Bose stopy na trawie, na zielonej trawie. Na wilgotnej ziemi.

Z cyklu Dzienniki, 2014