wtorek, 3 marca 2015

Kawa na Stolarskiej

Zawsze czuję wewnętrzną radość, zwaną przeze mnie radością w brzuchu, kiedy idę przez Sienną letnim popołudniem. Mam taką niepisaną tradycję, która zawiera w sobie następujące części składowe:

Jeden. Stukają tępo obcasy, deptam z humorem kocie łby. Jeden za drugim prowadzą mnie w to samo miejsce.
Dwa. Chodnik jest chłodny, nie przepuszcza ciepła, które chroni się w szczelinach pomiędzy kamienicami. Wsiąka w cegły, topi się w starym tynku.
Trzy. Kawa na Stolarskiej zawsze jest taka sama. Duża i ciepła i to są jej główne zalety. Reszta mnie nie interesuje, bo kto interesowałby się czymś, co dopiero ma nadejść i jeszcze się nie zmaterializowało w naszym polu morfogenetycznym?
Cztery. Świadomie i zdecydowanie odrzucam wspomnienie, które zawsze pojawia się w tym miejscu, w podpunkcie numer cztery. Czasem zjawia się nieco wcześniej, pomiędzy dwójką i trójką, ale ostatnio dużo nad sobą pracowałem, dlatego wspomnienie pojawia się dopiero przy czwórce.

Zapominam. Zapominam i odrzucam następujące obrazy, które mimowolnie pojawiają mi się przed oczami w podpunkcie czwartym, lub czasem (ostatnio zdecydowanie rzadziej) pomiędzy podpunktem drugim i trzecim:

Obraz pierwszy. Idziemy razem Sienną. Trzymamy się za ręce. Ty masz rozpuszczone włosy, świeżo tlenione na kolor jasny blond. Świergotasz i śmiejesz się tak dziecięco; promiennie i naturalnie.
Obraz drugi. Stajemy. Przysuwamy się bliżej kamienicy, tej zaraz za zielonym kioskiem na kółkach. Pachniesz wodą morską, kostkami lodu i malinami z miętą.
Obraz trzeci. Robi się gorąco. Nie rozglądając się wokoło, przecież późno już i ciemno, przyciskam cię mocniej do ściany. Obracam tyłem. Masz zwiewną sukienkę i lekkie, zwiewne pragnienia.
Obraz czwarty. Paznokcie szukają szczelin, punktu zaczepienia. Dusisz w sobie krzyk, trochę tynku spada wprost na ziemię. A trochę na moje buty. Głośno się potem z tego śmiejemy.
Obraz piąty. Pijemy kawę na Stolarskiej. Kawa zawsze jest taka sama. Duża i ciepła i to są jej główne zalety.
Z cyklu Trzysta Cieni, Galeria Słowa, 2014

środa, 31 grudnia 2014

Bose stopy na zielonej trawie, na wilgotnej ziemi. Bose stopy.



Siedzę z prostymi plecami. Łopatki ściągam do tyłu, rozchylam mimowolnie wargi. Stoisz naprzeciwko mnie. Patrzysz daleko, przeze mnie. Podchodzisz bliżej dopiero po trzech głębszych oddechach. Nadal stojąc, kładziesz mi na ramionach dłonie i prawym kolanem rozsuwasz nogi. Moje uda są ciepłe i pachnące. Świeże, miękkie i przytulne.
Wyginam plecy w łuk, głowę odchylam do tyłu. Czas zanikł, trzy zera i jedynka wiedzą o tym najlepiej. W tej mistycznej wręcz chwili zawsze myślę o zimie albo o kosmosie. Jestem korzeniem, jestem portalem, jestem magiczną bramą do wszystkich wymiarów. Możesz mnie posiąść, jeśli będę miała na to ochotę, a ty wystarczający zapas sił i chęci. Cii, sączy się z nieba czysty śnieg. Ktoś rozkruszył bułkę, okruszynki zaścieliły zielony dywan w ogrodzie.
Bose stopy na trawie, niczego więcej nie pragnę. Bose stopy na ciepłej, wilgotnej trawie. Słoneczny poranek. Robię skłon do przodu, pochylam się, tak żeby zrobić ci miejsce. Bose stopy na ciepłej, wilgotnej trawie.
Kapie ciepła krew, żywy dowód naszego zespolenia. Naszej ciepłej, wilgotnej miłości, bose stopy na zielonej trawie. Na brązowej ziemi. Na czarnym węglu. Na wodzie. Na ciepłym źródle. Na złocie. Na żelazie. Na sferycznym krysztale.
Bose stopy chłoną z ziemi, z zielonej trawy, chłoniemy razem.
Lato już niedługo. Już mniej niż pół roku. Wytrzymam. Wytrzymam.
Bose stopy na trawie, na zielonej trawie. Na wilgotnej ziemi.

Z cyklu Dzienniki, 2014

Idąc Plantami / Budda

Idąc Plantami, zatrzymałem się nieco zdziwiony na widok siedzącego pod drzewem tłustego kolesia z obwisłymi uszami i okrągłą, uśmiechniętą gębinką. Taką poczciwą i niesmacznie radosną. Dobrotliwie rubaszną.

Z każdą chwilą robiło się nas coraz więcej: przechodnie zatrzymywali się, żeby sobie popatrzeć. Zrobiło się zbiegowisko, wielka gromada ludzi, której nie mogłem strawić, ale nie chciałem jeszcze odchodzić. Nie mogłem, nie potrafiłem zrozumieć, a nie miałem odwagi zapytać.

Nie wiedziałem czy w ogóle można zapytać.

Po chwili dłuższego namysłu postanowiłem wspiąć się na drzewo. Nie sprawiło mi to zbytniego kłopotu, mimo, że pień był oblodzony. Znalazłem sobie gałąź, która była na tyle spora, że zmieściły się na niej moje cztery litery. Oparłem się plecami o przemarzniętą do kości korę.

Spojrzałem w górę. Nie byłem sam.

Nade mną rosło gniazdo pełne maleńkich, ćwierkających wróbli. Przekrzykiwały się nawzajem i nie dopuszczały do głosu. Małe skrzydełka były chłodne i poranione, z głuchym trzepotem uderzały o siebie i strącały grudki pokruszonego lodu i połamany puch. Nie mogły odlecieć. Nie mogłyby.

Nie wiedziały czy można, nie wiedziałem, że można.

W końcu zapalili latarnie, ludzie się rozeszli, a ja postanowiłem zostać na drzewie. Przynajmniej tymczasowo, dopóki nie zrozumiem z czego on się tak śmieje.

(Nade mną gniazdo poranionych ptaków, pode mną Budda siedzi zamyślony. Nie ma mnie.)

Z cyklu Trzysta Cieni, Galeria Słowa, 2014
Pamiętam ten dzień, kiedy po raz pierwszy zobaczyłem w kuchni rozlane mleko. Zalana była połowa czarnej podłogi. Stanąłem nad plamą jak wryty, przyglądałem się jej i nie rozumiałem.

Dziękujemy Ci Panie Jezu Chryste i błogosławimy Tobie, żeś przez krzyż i mękę swoją odkupiłeś świat.

Pamiętam, że potem zaczęło się to zdarzać coraz częściej. Raz na tydzień, raz na trzy dni, a potem już codziennie. Codziennie, kiedy rano przychodziłem do kuchni, podłoga zalana była białym, zimnym mlekiem. Stałem, przyglądałem się i nie pojmowałem.

Dziękujemy Ci Panie Jezu Chryste i błogosławimy Tobie, żeś przez krzyż i mękę swoją odkupiłeś świat.

Pamiętam szok, jakiego doznałem, kiedy po raz pierwszy przyłapałem cię na gorącym uczynku. Stałaś przed otwartą lodówką, w prawej ręce unosiłaś otwarty karton. Widzę teraz, jakby to było dziś czy wczoraj, widzę, jak unosisz karton i jak przechylasz go w taki sposób, że mleko wylewa się na otwarte drzwi lodówki, rozchlapuje o uszczelkę, spływa po kancie. Po opróżnieniu opakowania, zamykasz lodówkę i wyrzucasz karton do śmieci. Przechodzisz obok, zupełnie mnie nie zauważając. Potrącasz mnie prawym barkiem, ale to cię nie otrzeźwia. Jak w malignie, we śnie, który trwa zdecydowanie zbyt długo, przeżywamy swoje własne deja vu.

Dziękujemy.

Z cyklu Trzysta Cieni, Galeria Słowa, 2014

Przedłużanie linii życia

Jeśli spojrzycie na wnętrze swojej lewej dłoni, to jedna z linii, która rozpoczyna swoją drogę pomiędzy kciukiem, a palcem wskazującym i biegnie łukiem w stronę nadgarstka, będzie waszą linią życia.

Zawsze uważałem, że długość tej linii oznacza długość naszego życia. Moja niestety była bardzo krótka: prosta i gruba, ale krótka. Ta sprawa spędzała mi sen z powiek. Bałem się, że koniec nadejdzie szybko i niespodziewanie. Przestałem więc wychodzić z domu.

Zamknąłem się w mieszkaniu, bo uznałem, że tam będzie najbezpieczniej. W okna kazałem wstawić kraty i liczyłem, że tym sposobem uda mi się przechytrzyć przeznaczenie.

Czekałem rok, czekałem drugi. Z moich obliczeń wynikało, że zostało mi może parę miesięcy życia. Wtedy też wpadłem na genialny pomysł. Otóż, wyczytałem gdzieś, że linie papilarne mogą zmieniać się z biegiem lat. Tym samym zmienia się i nasz los. Dlaczego więc nie pomóc szczęściu?

Postanowiłem przedłużyć sobie linię życia sposobem ręcznym, domowym. Niestety, swojego czasu powyrzucałem z domu wszelkie ostre narzędzia, w tym noże i żyletki. Mieszkania już od dawna nie opuszczałem, a nie były to jeszcze czasy, kiedy zakupy można było sobie zamówić z dostawą pod drzwi.

Po kilku dniach rozmyślań i nieudanych prób przedłużenia linii paznokciem, wyjrzałem przez szybę i wtedy mnie olśniło. Otwarłem okno, przecisnąłem rękę pomiędzy prętami i delikatnym wnętrzem dłoni zacząłem szukać chropowatego, zaostrzonego fragmentu kraty. Po chwili znalazłem jeden odstający kawałek metalu, ale był za daleko, żebym z chirurgiczną precyzją był w stanie przedłużyć sobie życie.

Zdesperowany i zmęczony absurdem całej tej sytuacji, zacząłem walić ręką na ślepo. Po niedługiej chwili, krew ciekła mi z dłoni strumieniem. Otarłem ją o ścianę i schowałem się z powrotem do środka. Przyszła pora na ocenę skuteczności podjętych działań.

Skóra z palców zdarta, lakier powbijany pod paznokcie, poszargane nerwy…A linia życia ani rusz. Nawet na milimetr nie posunęła się do przodu. Nie wydłużyła. Nadal kończyła się w połowie dłoni i ewidentnie nie zamierzała ruszyć się z miejsca.

Jakiś czas później przyszli malarze i pomalowali ścianę domu na ciemny kolor. Mniej więcej w tym samym czasie wyczytałem w internecie, że rodzimy się z konkretną liczbą oddechów, przeznaczoną nam na życie. Tak więc, im wolniej i rzadziej oddychamy, tym dłużej będziemy żyć. Myślę, że coś w tym jest i od tego czasu staram się mało oddychać. Ostatnio idzie mi coraz lepiej i oddycham jedynie sporadycznie. Jeśli opanuję tę sztukę do perfekcji i przestanę w ogóle oddychać, wtedy mój cel z pewnością zostanie osiągnięty.

Z cyklu Trzysta Cieni, Galeria Słowa, 2014

wtorek, 9 grudnia 2014

UPADEK

     - Słyszysz?
     - Nie.
     - Słyszysz? – ewidentnie się nie poddawała.
     - Przecież już mówiłem, że nie.
     - Ale teraz czy słyszysz, nie wtedy!
     Wziąłem głęboki oddech. Zamknąłem oczy. Powietrze było duszne i dało się wyczuć zapach pieczonego kokosa. Ale kto i po kiego, piekł by kokos na tym odludziu…?
     - Ewa, przepraszam cię, ale naprawdę nic nie słyszę.
     Dziewczyna z cichym jęknięciem opadła na ziemię. Nie potrafiła ukryć złości, ani rozczarowania: oddychała płycej, szczęki jej się zaciskały, a małe palce dudniły o wyschniętą ziemię.
     Usiadłem po turecku pod ścianą komory. Nadal nie odstępował mnie ten dziwny, słodkawy zapach, ale w obecnej chwili miałem ważniejsze sprawy na głowie, niż zastanawianie się nad tym, skąd może pochodzić.
     Postanowiłem przeprowadzić szybką analizę, tak jak nas tego uczono w Brygadach. Co prawda, spędziłem z tymi popaprańcami ledwie trzy miesiące, ale to wystarczyło, żeby nauczyć się od nich wszystkiego, co mogło być przydatne w walce o przetrwanie.
     Po pierwsze: ustalenie czasu i miejsca akcji oraz bohaterów. A zatem: była noc trzeciej doby, odkąd wyruszyliśmy z naszego obozu. Razem z Ewą i nieprzytomnym Sołtysem, znajdowaliśmy się na samym dole piekielnie wysokiego szybu. Nie byłem pewien czy wpadliśmy tutaj przez przypadek, czy była to celowo zastawiona pułapka na nieproszonych gości? Tak czy inaczej, szyb był ogromny i już półtora dnia minęło, odkąd się tutaj znaleźliśmy.
     Sołtys, nasz poczciwy przyjaciel, stracił przytomność zaraz po upadku. Żył, oddychał, nie widać było otwartych ran ani złamań. Znajdował się jakby we śnie, bo co jakiś czas zadrżała mu ręka albo zgięła się noga…Gałki oczne poruszały się gwałtownie to w jedną, to w drugą stronę. Zatem: oddychał, śnił i najwyraźniej bawił się w najlepsze, bo nie widać było po nim zamiaru, żeby się obudzić i pomóc nam kombinować, jak się wydostać z tej czarnej dziury.
     Ewa z początku była spokojna, dopiero parę godzin temu cisza i ciemność zaczęły rzucać jej się na mózg. Usłyszała coś – jakby jęknięcie, a może westchnienie? Potem były stuki i dudnienia, których ja nie usłyszałem ani razu. Czy to ze mną było coś nie tak czy raczej z nią?
     Przysnąłem. Śniło mi się jasnoróżowe światło, dąb o potężnych korzeniach i wpleciony w nie drewniany dom.
     Nie wiem jak długo spałem, na pewno za krótko, żeby zregenerować siły. Jednak obudziłem się w samą porę, aby zobaczyć, że Ewa wspina się po płaskich ścianach do góry nogami. Wyglądało to makabrycznie, jakby wizja ze straszliwego koszmaru: dziewczyna zwrócona twarzą w dół, unosiła się na rękach i poruszała nogami, jak pająk na wstecznym biegu.
     Nie wytrzymałem napięcia. Krzyknąłem z przerażenia, Ewa była już prawie w połowie drogi. Musiało ją to rozproszyć, wybić z rytmu. Ewidentnie straciła koncentrację: zwróciła głowę w moją stronę, a potem najpierw nogi, a następnie ręce, odkleiły się od gładkiej powierzchni szybu, dziewczyna zrobiła salto w tył i z głośnym hukiem uderzyła plecami o ziemię.
     Stałem zszokowany i nie byłem w stanie się poruszyć. Dopiero kiedy usłyszałem cichy szelest, podbiegłem pędem do Ewy i kucnąłem przy niej. Wziąłem jej rękę i przycisnąłem do ust. Nie byłem w stanie nic powiedzieć, przemożna chęć płaczu mieszała się z uczuciem tracenia przytomności.
     Po chwili poczułem, że otwarła oczy i spojrzała na mnie; poczułem, bo było zbyt ciemno, żeby być tego pewnym.
     Wysuszone usta otwarły się, oddychała resztkami sił. Czułem, jak ulatuje z niej dusza, jak rozpływa się świadomość, jak rozpuszcza się jej byt.
     Minęło parę, może paręnaście godzin. Siedziałem bez ruchu, wpatrzony w ścianę, która stała metr przede mną. Ewy już tutaj nie było, od dłuższego czasu przestałem również słyszeć niewyraźny oddech Sołtysa.
     Ciemność przygniatała mnie, osaczała i mąciła myśli. Wysysała ze mnie radość i nadzieję.
     Ciemność nie poddawała się i wierzyła w swoje zwycięstwo. Nie wiedziała jednak, że spędziłem trzy miesiące w Brygadach, a to wystarczyło, żeby uodpornić się na strach i wyrobić w sobie wolę przetrwania za wszelką cenę. „Nigdy się nie poddawajcie.” – tak nam zawsze mówiono.
     Mijały kolejne godziny. Wykończony brakiem wody, jedzenia i świeżego powietrza, musiałem stracić przytomność. A może jedynie zasnąłem? Ponownie śniło mi się różowe światło i skąpany w nim drewniany dom, zbudowany wśród dębowych korzeni. Tym razem dom nie stał pusty: była w nim Ewa i w ceglanym piecu piekła kokosy: słodki zapach unosił się wszędzie dookoła.
     Wtedy zrozumiałem. Tak naprawdę, nigdy nie opuściliśmy domu. Cały czas byliśmy wewnątrz, a wszystko, co wokoło, było jedynie złudzeniem i duszną fatamorganą. To dlatego wciąż czułem zapach pieczonych kokosów, nawet tutaj, na takim odludziu…
     Nigdy nie było upadku.
     - Słyszysz? – spytała Ewa.
     - Słyszę. Teraz już słyszę.

piątek, 28 listopada 2014

NASZA HISTORIA

          Malarz widzi świat przez swoje palce. Podnosi je wysoko, mierzy słońce, łapie szczyty w garść, opuszkami muska korony brzóz i topoli. Palcami nakłada farbę, pędzel jest jedynie przedłużeniem przymglonego spojrzenia, mgnienia oka, schowanego za zapachem leśnego runa, za kolorem twoich ust, poplamionych fioletowym sokiem.
        W ciernieckim lesie zawsze było wyjątkowo cicho. Czasem tylko zaszumiała sosna, parę igieł posypało się na miękki mech, deszcz obmył białą korę brzóz i suche gniazda, ponawlekane na gałęzie srebrnych buków.
        To my, my jako pierwsi, wprowadziliśmy do lasu dźwięk. Nasze poranne, śmiejące się głosy. Wieczorne szepty. Stukot ciężkich butów, które wgniatały szare kamienie głęboko w wypłowiałą leśną drogę. Odgłos łamanych patyków i gnącej się trawy, kiedy kładłem się na tobie. Twój oddech, wstrzymany oddech, który odbijał się od drzew i mknął dalej, w stronę leśnej głuszy. Pędził, aż w końcu rozpływał się, zanikał, wchłonięty w chrupiącą korę, w wilgotną ściółkę, w odświętnie odprasowane liście dębowe.
        To my, my jako pierwsi, daliśmy lasowi duszę. Przyczyniliśmy się do tego, że jego serce zabiło mocniej, głośniej, że zielona krew zaczęła krążyć gwałtownie wokół leśnych ostajów i traktów, wzburzona, falująca i…szczęśliwa.
       Czy mogliśmy przypuszczać, że tak to się wszystko potoczy? Że tak zakończy się nasza historia? I czy to już jest jej koniec? Najrozsądniej będzie wrócić i zacząć raz jeszcze, chronologicznie i liniowo. Od samego początku.
      Znaliśmy się od urodzenia. To znaczy, ja ciebie znałem, bo jesteś ode mnie rok młodsza. Jako dzieci bawiliśmy się razem, ganialiśmy po podwórku, chodziliśmy na ryby i na jagody. Potem, kiedy zaczęła się szkoła, nasze drogi nieco się rozeszły. Ty znalazłaś koleżanki, z którymi mogłaś szyć ubranka dla lalek i haftować obrusy. Ja spotkałem kolegów, z którymi wspólnie chodziłem na polowania. Wdrapywaliśmy się wysoko na drzewa i wypatrywaliśmy cietrzewi i zajęcy…Ojciec chętnie pożyczał mi wiatrówkę, a mama bardzo się cieszyła, kiedy udało mi się upolować bażanta, albo kuropatwę.
         Byliśmy prawie jak brat i siostra. Ty, córka matki i ja – syn kuzyna twojego nieżyjącego już ojca. Mieszkałaś sama z matką, wspólnie prowadziłyście gospodarstwo, co nie było prostym zadaniem. Z pomocą przybywał brat twojej matki – pomagał zasiać zboże, kierował żniwami, naprawiał rynnę i dziurawy dach.
        Ja mieszkałem obok, w sąsiednim gospodarstwie. Z ojcem i matką. Podobnie jak ty, nie miałem rodzeństwa. Pewnie dlatego tak się do siebie zbliżyliśmy.
      Urodziliśmy się tuż po wojnie, ty w dwudziestym trzecim, a ja w dwudziestym drugim roku. Ledwo pamiętam tamte czasy, pewnie i dobrze. Twój ojciec został postrzelony na froncie. Kulę udało się wyjąć, rana się zrosła, ale pozostał uraz psychiczny, z którym twój ojciec nie mógł sobie poradzić. Coraz częściej narzekał na serce, na kłucie pod mostkiem, na duszności, aż w końcu zmarł, niedługo po twoim urodzeniu. I tym sposobem zostałyście z matką same.
      Okres międzywojenny wspominam, jak sielankę w bardzo trudnych czasach. Bieda była okropna, ale właśnie dlatego przyjaźń z tobą wydawała mi się tak cenna. A pamiętasz, jak leżeliśmy pod jabłonką i liczyliśmy chmury? Zdawało nam się, że jako jedyni na świecie wpadliśmy na pomysł tak wspaniałej zabawy. Albo jak chodziliśmy na spacery po wsi? Nosiliśmy głowy zadarte wysoko i dumnie, ganialiśmy kury i rzucaliśmy kamieniami w drzewa. Potem zaczęła się szkoła i bolesne dorastanie.
        Dokładnie pamiętam dzień, w którym nasze drogi ponownie się spotkały. W szkole odbywało się uroczyste zakończenie roku, które dla mnie było również zakończeniem nauki w szkole powszechnej. Zawsze chciałem kontynuować naukę w gimnazjum, ale ojciec się na to nie zgadzał, mówiąc, że jestem jedynym synem i ktoś musi przejąć po nim gospodarkę. Było mi bardzo ciężko w tamtym okresie. Pamiętam, jak po odebraniu świadectwa, poszedłem do parku, tego niedaleko pól makowych. Ty, jako jedyna mnie znalazłaś. Spytałaś wtedy:
         - Czemu nie świętujesz z kolegami albo z rodziną? Pewnie cię szukają, twoja mama mówiła, że przyszykowała ci biszkopt z truskawkami…
            Nic wtedy nie odparłem. Siedziałem oparty o drzewo i łamałem znalezione wokoło patyki. Nie chciałem, nie mogłem i nie potrafiłem pogodzić się z decyzją ojca. Ale cóż mogłem zrobić? Rzuciłem grubszym patykiem daleko w zboże, ale ty nie poddałaś się, nie odeszłaś. Wręcz przeciwnie – usiadłaś obok mnie. Pamiętam, jak zdjęłaś chustkę z głowy i rozłożyłaś ją na trawie, żeby nie ubrudzić białej sukienki.
            Nic nie mówiąc, wzięłaś mnie za rękę. Początkowo chciałem ją odepchnąć. Jednak była tak ciepła, tak miła w dotyku, że postanowiłem nie przerywać uścisku naszych dłoni. Zacząłem się zastanawiać, kiedy po raz ostatni byliśmy razem sami. Od jak dawna nie chodziliśmy wspólnie na spacery i leśne wyprawy…Wtedy również po raz pierwszy dojrzałem pod twoją sukienką lekko zaokrąglone, kobiece kształty. Nie wyobrażasz sobie, jak bardzo poruszył mnie ten widok. Spojrzałem na ciebie zupełnie innym wzrokiem, spojrzeniem dojrzałego czternastolatka. Zrozumiałem wtedy, jak bardzo mi ciebie brakowało i pojąłem, że oprócz siostry-kuzynki, widzę w tobie coś więcej. Coś bardzo ciepłego i przyjemnego, ale i takiego, co nie powinno wyjść na światło dzienne, tylko pozostać ukryte wśród kłosów i pąków.
            Nie wiem, co ty wtedy do mnie czułaś. Czy tylko przyjaźń i miłość braterską?
        Czas mijał. Pracowałem z ojcem na roli, zajmowałem się gospodarstwem, zwierzętami. W wolnych chwilach chodziłem pływać nad jezioro, łowiłem ryby i polowałem. Z ukrycia obserwowałem cię praktycznie codziennie: jak wychodziłaś do szkoły, jak zbierałaś natkę pietruszki na niedzielny rosół, jak (podwiązawszy uprzednio spódnicę) plewiłaś przydomowy warzywnik. Coraz bardziej się w tobie zakochiwałem i nic nie mogłem na to poradzić.
            Rok później i ty skończyłaś szkołę. Cała rodzina złożyła się, żebyś mogła kontynuować naukę w gimnazjum. Chciałaś zostać nauczycielką, pamiętam to dobrze. Spotykaliśmy się od czasu do czasu i rozmawialiśmy na ogólne tematy. Pewnego razu powiedziałaś mi, że wszystkie dzieci powinny umieć czytać i pisać. I że czujesz, że to jest twoje powołanie, żeby im w tym pomóc.
            Twoja mama obawiała się, jak sobie sama poradzi na gospodarce, ale zarówno brat, jak i mój ojciec obiecali szczerą pomoc. Minął rok. Przyjeżdżałaś wtedy tylko na większe święta. Na Boże Narodzenie wróciłaś już jako kobieta. Średniego wzrostu, o brązowych, lekko falowanych włosach i bardzo inteligentnym, bystrym spojrzeniu. Miałaś na sobie brązowy kożuch z futrzanym kołnierzem, na głowie chustkę, a w ręce dużą torbę podróżną. Widziałem przez okno, jak idziesz szosą. Wtedy nie wytrzymałem. Rzuciłem wszystko i wybiegłem z domu.
            - Cześć. Daj torbę, na pewno jest ciężka.
        Dałaś mi bagaż i uśmiechnęłaś się z wdzięcznością, bo podróż mocno musiała cię zmęczyć. Odprowadziłem cię do domu. Twojej matki nie było. A my byliśmy sami, zupełnie sami i taka okazja mogła się już prędko nie powtórzyć.
            - Jak ci leci w gimnazjum, pewnie dużo nauki? – spytałem.
        - Oj, dużo. – tylko tyle odparłaś. Po chwili dodałaś: - Raz jeszcze dziękuję ci za pomoc z bagażem, był naprawdę ciężki. W nagrodę mogę ci zaproponować herbatę z sokiem. Napijesz się?
            - Pewnie, dziękuję.
            Rozpaliłaś w piecu, zrobiłaś nam herbatę i usiedliśmy razem przy stole. Oboje milczeliśmy, ale po tobie nie widać było zdenerwowania, tylko zmęczenie. W tamtym czasie zacząłem trochę podpalać i strasznie zachciało mi się palić. Ale nie mogłem psuć tej wyjątkowej chwili, zacisnąłem zęby i siedziałem nadal. Po paru minutach usłyszeliśmy kroki na schodach – to musiała być twoja mama. Przestraszony, ale i zdesperowany, poderwałem się od stołu, podbiegłem do ciebie i pocałowałem cię w policzek. Potem wybiegłem z domu i przez dwa czy trzy dni nie byłem w stanie spojrzeć ci w oczy. Bałem się, co sobie o mnie pomyślisz i czy wygadasz się swojej mamie. Wiem, teraz to brzmi śmiesznie, ale wtedy bardzo mocno to przeżywałem.
            Nie unikałaś mnie, ale też nie szukałaś okazji, by móc porozmawiać ze mną na osobności. Powoli zbliżał się dzień twojego wyjazdu, a ja nadal nie wiedziałem, na czym stoję. Ta świadomość wykańczała mnie, zatracałem się w pracy, tylko to utrzymywało mnie jako tako przy zdrowiu psychicznym. W dzień twojego powrotu do szkoły czekałem na ciebie przy szosie, zaraz za zakrętem, tak żeby nikt mnie nie zauważył. Musiałaś się tego spodziewać, bo w ręce trzymałaś zapieczętowany list. List napisany specjalnie dla mnie. Dałaś mi go i bez słowa pożegnania, udałaś się w stronę stacji kolejowej. Ja stałem jak głupi i patrzyłem, jak odchodzisz.
            Zaraz po tym, jak zniknęłaś mi z pola widzenia, udałem się w to miejsce niedaleko pól makowych, żeby tam, uroczyście otworzyć i przeczytać list. Co prawda była mroźna zima i śniegu po pas, ale bardzo przeżywałem ten moment i chciałem, żeby był wyjątkowy.
            Usiadłem pod tym samym drzewem, pod którym po raz pierwszy wzięłaś mnie za rękę. Odpieczętowałem list i zacząłem czytać:

Drogi Michale,
            Na początku tego listu muszę zaznaczyć, że liczę na twoją dyskrecję. Biorąc pod uwagę to, jak długo się znamy i jak wiele lat liczy nasza przyjaźń, bardzo cię proszę schowaj ten list głęboko zaraz po jego przeczytaniu, albo nawet i spal. Nie żartuję, więc nie śmiej się.
        Nie wiem od czego zacząć…Odniosłam wrażenie, że patrzysz na mnie w inny sposób, niż dotychczas. Czy ma to związek z tym, że jesteśmy starsi, że mniej się teraz widujemy? Czy jest może jakiś inny powód?
        Nie wiem również czy zwróciłeś uwagę na to, że ja nadal patrzę na ciebie tak samo, jak dawniej, z czułością i oddaniem…Zawsze mi imponowałeś, byłeś taki mądry, sprawny i zaradny…Nie jestem w stanie zliczyć, ile razy twoja pomoc okazała się zbawienna. Pamiętasz, jak wpadłam do dołu z pokrzywami? I jak dzielnie mnie z niego wyciągnąłeś? Jednym słówkiem nie wspomniałeś o tym, że pokrzywy poparzyły cię jeszcze bardziej ode mnie, podczas gdy ja płakałam rzewnymi łzami. A pamiętasz, jak nie mogłam zejść z drzewa, bo się bałam, że spadnę? Albo jak uciekaliśmy przed szerszeniami? Zawsze czułam się przy tobie pewnie i bezpiecznie, nigdy nie odmówiłeś mi pomocnej dłoni, nawet jak miałeś siedem czy osiem lat…
    Brakuje mi ciebie, brakuje mi twojego towarzystwa. Tęsknię za naszą dawną, dziecięca przyjaźnią…Tutaj wszystko jest inne, większe, szybsze. Miasto mnie przytłacza, źle się tu czuję. Ale wiem, jaki jest mój cel i muszę wytrzymać. Jeśli kiedyś miałbyś ochotę i możliwość – napisz do mnie. Adres zapisuję poniżej.
            Na zawsze twoja,
            Pola
           
            Po przeczytaniu twojego listu, nie byłem pewien, co mam myśleć. Nie pisałaś zupełnie wprost i nie składałaś żadnych deklaracji, ale jednak tęskniłaś za moim towarzystwem i podpisałaś się: „Na zawsze twoja”. To najbardziej mnie poruszyło. Postanowiłem jeszcze tego samego dnia odpisać na twój list.
            Zawsze byłem jednym z lepszych uczniów, ale nie miałem takiej łatwości w wysławianiu się, jak ty. Siedziałem dwie godziny, zanim udało mi się sklecić pierwszych parę zdań. Co chwilę kreśliłem, wymazywałem to, co napisałem, bo albo było zbyt prosto, albo zbyt dosadnie…Nie byłem jeszcze gotów na szczere wyznania, zwłaszcza, że nie miałem pewności z jakim odzewem się spotkam. Ostatecznie skleciłem coś takiego: (wyobrażasz sobie, że nadal znam treść tego listu na pamięć?)

Droga Polu,
            Jestem z ciebie bardzo dumny. Cieszę się, że się uczysz i wiem, że musi ci być ciężko samej. Pomyśl sobie, że jeszcze parę lat i skończysz gimnazjum. A potem będziesz mogła pracować jako nauczycielka. Bardzo w ciebie wszyscy wierzymy.
         Nie będę ukrywał, że ja również często wspominam wspólnie spędzone lata dzieciństwa. Pamiętam, jak razem chodziliśmy za górę wypasać krowy i jak zawsze obawiałaś się, że złapie nas burza. Ja się wtedy z ciebie śmiałem, ale sam też się bałem. Przypominała mi się wtedy historia ciotki Stasi, o tym piorunie kulistym, który wleciał do kuchni przez otwarte okno i potem odbijał się od ścian.
         Dni na wsi są do siebie bardzo podobne. Wstajemy wcześnie rano, oporządzamy zwierzęta, potem mama wypasa krowy, a ja z ojcem pracujemy na roli. Wracamy dopiero pod wieczór, na kolację. W ciągu dnia przegryzamy kawałek chleba z jabłkiem, albo bierzemy kaszę, która została ze śniadania.
         Kiedy chodzę po lesie, przypominam sobie ciebie zbierającą jagody. Zawsze się cała ubrudziłaś, ale mimo to, wracałaś do domu szczęśliwa, z fioletowym uśmiechem.
      Ja również tęsknię, pisz do mnie często. Kiedy znowu przyjedziesz do domu, czy dopiero na Wielkanoc?
            Pozdrawiam cię ciepło,
            Michał
           
            Najwięcej czasu spędziłem zastanawiając się nad podpisem. Całym sercem chciałem napisać: „twój Michał”, ale ostatecznie brakło mi odwagi.
         Przyjechałaś faktycznie dopiero na Wielkanoc. Do tego czasu zdążyliśmy wymienić niezliczoną ilość listów. Wyobraź sobie, że zawsze czekałem na listonosza przed domem, żeby uniknąć niewygodnych pytań rodziców. Zresztą, chyba wtedy jeszcze niczego się nie domyślali.
          Święta były późno tamtego roku, dopiero pod koniec kwietnia. Tuż po świętach były twoje urodziny, ale miałaś już wtedy być w szkole, tak więc połączyliśmy świętowanie Wielkanocy razem z twoją prywatną uroczystością. Był tort z marmoladą truskawkową i dużo prezentów. Po świątecznym obiedzie, nasi rodzice nalali sobie po kieliszku nalewki mirabelkowej i rozpoczęli długą dyskusję, już wtedy obawiali się drugiej wojny, pamiętasz? A nam udało się niezauważenie wymknąć z domu. Było bardzo ciepłe popołudnie i łąkami poszliśmy w stronę lasu. W trakcie spaceru dużo mówiłaś, opowiadałaś o szkole i koleżankach, a ja w pewnym momencie wziąłem cię za rękę. Nie skomentowałaś tego, ale odwzajemniłaś uścisk. Kiedy doszliśmy do granicy lasu, moja cierpliwość i silna wolna skończyły się zupełnie. Nie zważając na to, że nadal o czymś mi opowiadałaś, pocałowałem cię. Nie wydawałaś się zdziwiona, przestałaś mówić i spojrzałaś na mnie z niewymowną tęsknotą. Za drugim razem to ty pocałowałaś mnie jako pierwsza, jeszcze delikatnie, jeszcze z nieśmiałością. Oj, długo nie mogłem zasnąć tamtej nocy. Na szczęście dzień później był poniedziałek wielkanocny i można było pospać nieco dłużej. W trakcie świątecznego śniadania, które nasze rodziny spożywały wspólnie, obmyślałem plan porwania cię na parę godzin. Udało się. Zaproponowałem wszystkim długi spacer nad jezioro. Ty od razu zgłosiłaś się jako chętna, bo nie byłaś tam od stu lat. Na nasze szczęście, pozostali byli zbyt rozleniwieni, żeby nam towarzyszyć. Ledwo minęło południe, a my już biegliśmy wśród łąk.
       Skryci pod leśnym płaszczem, poznawaliśmy się bliżej. Nasze pocałunki stawały się coraz bardziej gorące i namiętne. Przytulałem cię mocno do siebie, a ty nigdy nie protestowałaś. Byłem dużo wyższy i musiałem się schylać, żeby pocałować cię w usta. Nad jeziorem nie było żywej duszy. Zdjąłem koszulę, rozłożyłem ją na trawie i położyliśmy się obok siebie. W przerwach pomiędzy czułościami, liczyliśmy chmury i puszczaliśmy kaczki. Woda obmywała nasze stopy, piasek wchodził we włosy. Czułem się zupełnie wolny i szczęśliwy. To był jeden z tych dni, które wspominam aż do teraz.
         Rozstanie było trudne. Pamiętam, jak bardzo płakałaś, a ja starałem się ciebie pocieszyć. Na szczęście koniec roku był blisko i czekały nas ponad dwa miesiące najwspanialszych wakacji w życiu.
          Czekałem na ciebie przy głównej drodze. Szłaś lekko i pewnie, otoczona ciepłem parującego z gorąca asfaltu. Włosy uwiązałaś nad karkiem, a w uszach miałaś złote kolczyki. Twoja sukienka powiewała na wietrze i nie mogłem się doczekać, aż w końcu będę mógł wziąć cię w ramiona. Zanim dotarłaś do domu, spędziliśmy razem godzinę w parku przy polach makowych. Zapytałem wtedy czy chciałabyś, czy byłabyś gotowa na coś więcej, na pójście o krok do przodu. Nie chciałem nalegać, nie chciałem też cię spłoszyć, ale hormony we mnie buzowały i nieustannie myślałem tylko o jednym. Powiedziałaś wtedy, że chcesz dużo więcej, że zawsze chciałaś i że nawet nie zdaję sobie z tego w pełni sprawy.
            Idealna okazja nadarzyła się jakieś dwa tygodnie po twoim przyjeździe. Miałem znajomego, był młynarzem i pracował w starym młynie nad rzeką. To był kawałek drogi od nas, ale nie dalej niż nad jezioro. Znajomy musiał nagle wyjechać, jego brat poważnie zachorował i potrzebna była opieka i wsparcie. Poprosił mnie o pomoc i o dopilnowanie młyna przez parę dni, jako, że dobrze się znaliśmy, a do tego byłem bardzo obrotny. Ojciec nie miał nic naprzeciw.
          Poszliśmy tam razem w ciepłe, lipcowe popołudnie. Nie mogłem się już doczekać, ale starałem się nie spieszyć, żeby nie zepsuć chwili. Rozłożyłem koc na sienniku, który stał oparty o ścianę. Usiedliśmy wśród worków z mąką, pamiętam, że potem miałaś całe białe włosy i usilnie starałaś się je wytrzepać, żeby nie wzbudzić podejrzeń matki.
            Powoli ściągaliśmy z siebie ubrania. Miałaś piętnaście lat, a twoje ciało było najpiękniejszym wschodem słońca, jaki widziałem w całym swoim życiu. Kochaliśmy się długo, biorąc pod uwagę fakt, że dla obojga z nas był to pierwszy raz. Potem leżałaś wtulona we mnie, objąłem cię lewą ręką i błądziłem palcami wśród twoich włosów. Wróciliśmy do domu razem, ty poszłaś się przebrać, a ja naparzyłem kawy zbożowej. Piliśmy ją w milczeniu, bo trudno nam było słowami wyrazić to, co się przed chwilą dokonało.
          Całe wakacje pełne były miłości, radości i potajemnych schadzek. Kochaliśmy się w lesie, nad jeziorem, w parku przy polach makowych, a czasem i w domu, jeśli nadarzyła się taka okazja. Pamiętam również, jak trudno było mi cię puścić na kolejny rok nauki. Obiecałaś wrócić tak szybko, jak to tylko będzie możliwe, ale przyjechałaś dopiero na Wszystkich Świętych. Byłem potwornie stęskniony i nie mogłem usiedzieć na miejscu podczas obiadu, który twoja mama przyszykowała dla całej rodziny na twoje powitanie. To dlatego wybiegłem wtedy z domu, po prostu już nie miałem siły dłużej ukrywać uczucia, które do ciebie żywiłem. Wiem, że sprawiłem ci przykrość tym zachowaniem, ale nie wiedziałem wtedy, jak poradzić sobie z moimi emocjami i nieokiełznanym temperamentem. Wtedy też wpadłem na pomysł, że oświadczę ci się w święta. Wiedziałem, że nikogo innego tak mocno nie pokocham, po co więc czekać ze ślubem? Oczywiście, chciałem, żebyś ukończyła szkołę, ale w moim odczuciu nie kolidowało to zupełnie z małżeńskimi planami. Twojej odpowiedzi byłem prawie pewien, jednak bardzo bałem się, co powiedzą nasi rodzice, a w szczególności mój ojciec. W końcu byliśmy kuzynami…Jednak nasze pokrewieństwo było na tyle dalekie, że była szansa, iż się zgodzą. Już wcześniej zdarzały się takie przypadki, a poza tym czasy były ciężkie, tylu mężczyzn zginęło na froncie…
        Niestety, nie dane nam było dowiedzieć się, jak zareagują rodzice na informację o naszym ślubie, bo chwilę wcześniej twoja mama zdążyła cię wyswatać. On nazywał się Zbigniew, dobiegał czterdziestki i miał pokaźne gospodarstwo kilka wsi dalej. Wam nie wiodło się najlepiej finansowo, a do tego twoja szkoła też sporo kosztowała. Pamiętam, jak płakałaś, jak bardzo prosiłaś matkę, żeby ci tego nie robiła, ale ona była zdeterminowana i kategorycznym tonem oznajmiła, że jak skończysz trzy klasy gimnazjum, to wtedy zorganizuje się ślub, a do małej matury podejdziesz już jako mężatka. A że twój narzeczony był majętny, już nigdy nie braknie wam jedzenia ani odzienia. Z dwojga złego, lepszy ślub za półtora roku niż, dajmy na to, za miesiąc. Było jeszcze trochę czasu, żeby coś wymyślić. Sytuację nieco pogarszał fakt, że pan Zbigniew opłacił twoją szkołę i zakwaterowanie za kolejny rok, co dosyć zobowiązywało. Ale ja starałem się nie poddawać, tylko skupić na znalezieniu właściwego rozwiązania.
            Pierwszym, jakie przyszło nam obojgu do głowy, była oczywiście ciąża. Sposób radykalny, ale skuteczny. Spróbowaliśmy raz, drugi, a potem kochaliśmy się na okrągło, nie zachowując żadnych środków ostrożności. Niestety, nie udało ci się zajść w ciążę przez cały ten czas.
            Dokładnie pamiętam wyraz twojej twarzy, kiedy ujrzałem cię tuż po zakończeniu drugiego roku gimnazjum. Radość w oczach, na której cieniem położył się smutek, związany z tym, że miały to być nasze ostatnie, wspólne wakacje. Oboje mieliśmy spore wahania emocjonalne. Ty często popłakiwałaś ukradkiem, ja starałem się podtrzymać cię na duchu, a potem z palącym żarem rzucaliśmy się na siebie, jakby to miał być nasz ostatni raz.
            Skończył się czerwiec, nadszedł lipiec i coraz więcej mówiło się o wojnie. Starsi, ci, którzy pamiętali jeszcze poprzednią wojnę, robili zapasy i ukrywali, co tylko cennego im pozostało. Nasi rodzice dużo czasu spędzali na poważnych rozmowach, dzięki czemu mieliśmy dla siebie trochę wolności. A potem okazało się, że już nie ukończysz trzeciego roku gimnazjum, bo wojna faktycznie wybuchła.
         Okupacja to były bardzo okrutne lata, spędzone w strachu, wśród krzyku umierających i rozstrzeliwanych. Razem z matką pomagałyście w szpitalu polowym, zorganizowanym w sąsiednim miasteczku. W gimnazjum przeszłaś kurs pierwszej pomocy i żadną siłą nie byłem w stanie odciągnąć cię od tego pomysłu. Potem wszystko potoczyło się tak szybko, tak nieoczekiwanie…
        Na początku października szpital został ostrzelany z powietrza. Na centrum miasteczka zrzucono bombę. Eksplozja była niesamowicie mocna, a huk przeszywający. Posypały się ściany budynków, domy zapadły się aż po dachy, powietrze pełne było pyłu, przesiąknięte zapachem krwi i błota. Podczas wybuchu straciłaś przytomność, matka wraz z dwójką znajomych przywiozła cię do domu. Spałaś przez dwa dni, niestety nie było lekarza, który mógłby cię obejrzeć. Nie było widać żadnych, poważniejszych obrażeń na ciele, tak więc wszyscy liczyliśmy, że szybko się wybudzisz. Z nerwów chodziłem po ścianach i już nie ukrywałem swojego uczucia. Nie odstępowałem od twojego łóżka, głaskałem cię po włosach, tuliłem i błagałem, żebyś się szybko obudziła. Twój narzeczony nie pojawił się wtedy ani razu, ale zważając na okoliczności, można mu to jeszcze wybaczyć.
          Odzyskałaś przytomność po dwóch dniach. Mało nie padłem z radości. Chciałem od razu wziąć cię w ramiona, ale twoja matka przestrzegła mnie, że jeśli są jakieś wewnętrzne urazy głowy, to trzeba ci leżeć, najlepiej bez ruchu. Posłuchałem jej rady, usiadłem na krześle i wziąłem cię za rękę. Nie odwzajemniłaś uścisku, ani uśmiechu, ale spojrzałaś na mnie. Tak trwałem przy tobie, przy twoim łóżku, przez kolejne długie miesiące.
          Jakiś czas później obejrzał cię lekarz. Stwierdził to, co już wszyscy wiedzieliśmy, to znaczy, że w wyniku wybuchu bomby straciłaś słuch. Ale czemu nie mówisz? Czy był jakiś uraz wewnętrzny mózgu, który spowodował upośledzenie? Tego lekarz nie był w stanie potwierdzić z pewnością.
        Twój narzeczony pojawił się raz i kiedy zobaczył, jak leżysz bez wyrazu, bez emocji, bez większego znaku życia, zrezygnował z poślubienia ciebie. Co, nie ukrywam, było mi bardzo na rękę.
            Minęły lata. Wojna skończyła się. Nadeszły inne czasy, niestety nie lepsze od poprzednich. Ty na nowo uczyłaś się żyć i funkcjonować w świecie, a ja starałem ci się w tym pomóc, najlepiej jak potrafiłem. Na szczęście kręgosłup nie był uszkodzony, mogłaś normalnie chodzić, leżeć, skakać…Wiele rzeczy pamiętałaś, na przykład jak plewić ogródek, albo jak wydoić krowę. Z kolei inne, zdawać by się mogło prostsze czynności, sprawiały ci duży kłopot: ubranie się, pamiętanie o jedzeniu i piciu, czesanie włosów.
            Rodzice zgodzili się na nasz ślub. Co prawda, ojciec nie odezwał się słowem w tej kwestii, ale czułem, że rozumie, dlaczego to robię.
       Widzisz, moja Polu, moja kochana Poleczko, mamy już koniec lat pięćdziesiątych i nadal jesteśmy razem. Tak jak to sobie obiecaliśmy w pewne lipcowe popołudnie w parku przy polach makowych. Nie wiem czy rozumiesz coś z tego, co do ciebie mówię, ale zawsze chciałem ci opowiedzieć tę historię, naszą historię, tak jak ja ją widziałem. Mam nadzieję, że ty również kiedyś opowiesz mi swoją opowieść.

2014

I przyszło lato

*

Posiałam zniszczenie
Jeszcze nie zakiełkowało
Ale czekam na ten moment
Z niewymowną niecierpliwością
Jak co roku przyjdą żniwa
Zaorane pola będą kłuły w pięty
Już nie będzie można skryć się wśród kłosów
Czarne czarne lico
Pojawia mi się przed oczami
Twarz kobiety pod żałobną woalką
Kiedy myślę o zachodzie słońca nad łąką
Tą pod lasem
Tą na której stoi ambona
Tą pod którą spotykaliśmy się lata temu
Zanim poznałeś tamtą
Tamtą co miała włosy do pasa
I śmiała się szeroko mimo krzywych zębów
Tamtą co gubiła piegi wśród zboża
Tamtą co siadała zawsze bokiem zawsze ukradkiem
Z lekkim przymrużeniem oka zakładając nogę na nogę
Piasek wchodził w sandały na płaskim obcasie
Kolana zdarte do krwi
Zapach ciepłej ziemi, suchej, bo już od miesiąca deszczu nie było
Twarz wgnieciona w wilgotną trawę splatała się z ciężkimi kłosami
Ja siedzę pod jabłonką, obrywam ją z liści
Czekam, aż nadejdzie burza
Modlę się o deszcz
 2014
Chciałabyś więcej.
Pragniesz uniesień,
kradniesz każdą wolną chwilę
dla własnej przyjemności.
Czy to z rozsądku czy z egoizmu (?)
Wzlatujesz w niebo pełne sadzy
i trzepotu zakurzonych skrzydeł.
Młodą ręką prowadzisz po zadrapaniu,
z którego wylały się litry białej kory
i szarego mchu.

Kładę się na polanie.
Pozwalam muchom
siadać na wyschniętej ściółce
i spijać resztki sfermentowanej rosy.
Pijane ze szczęścia
odlatują chmarami,
zostawiając za sobą
blady uśmiech słońca,
które właśnie zaszło.

*

nie bardzo to wszystko ma sens
pomyślałam dzisiaj
jeszcze cicho jeszcze nieśmiało
licząc na twój powrót o niewczasie
nie jak kapelusz rzucony z wiatrem na wodę
bardzo jak włosy potargane twoim szeptem
skórą przecinasz każde moje drżenie
ręką oddzielasz tkankę od postury
oddech wstrzymany oddech
idziemy wzdłuż Wisły
czekamy aż Zygmunt zabije
dwanaście razy
aż łabędzie odfruną
chowając się za mgnieniem oka
za przyprószoną rzęsą wodną
za mostem podwieszonym na ścięgnach u kostki

Ze starego Worda (2012)