11 lipca 2015, pierwsza nieprzespana noc
Krakowski plac Axentowicza, przez lokalsów zwany od zawsze Skwerkiem,
nie jest terenem przesadnie sympatycznym. Nic więc dziwnego, że otrzymał
nazwę Więźniów Obozów Zagłady, bo kto inny miałby ochotę patronować
miejscu, które oddziela kościół świętego Szczepana od Kurczaka, od
legendarnego sklepu Kurczak, w którym to po raz pierwszy kupiłam krojony
chleb (dawniej nie było chleba krojonego, czasem nie było chleba
wcale). W Kurczaku, królującym spod szyldu sieci sklepów Społem, we
wczesnych latach dziewięćdziesiątych można było nabyć wszystko, co
niezbędne do prowadzenia standardowego gospodarstwa domowego: chleb za
złoty dwadzieścia, a potem za złoty sześćdziesiąt, jeszcze nie krojony, z
miękkim, wilgotnym miąższem i zdecydowanie chrupiącą, przyrumienioną
skórką (z babcią za każdym razem toczyła się walka na słowa o piętki);
dwadzieścia pięć deko szynki wiejskiej, żurek, dwadzieścia deko sera
żółtego, emmentaler albo gouda, o, ten może być i jeszcze dwie laski
kiełbasy, też wiejskiej. Woda mineralna, Muszynianka średnio gazowana,
płyn do mycia naczyń Ludwik (po którym zawsze wychodziła mi wysypka na
dłoniach: czerwone kropki będące naocznym świadkiem i jawnym dowodem
tego, że nie jestem stworzona do mycia naczyń), aha, bułki jeszcze,
rogalika, dwie kajzerki, dwie sztangielki, wekę i chałkę, proszę. Wiem,
że dużo pieczywa, ale to do ryby, dziś piątek, post, będzie śledź i
weka, nic więcej, nawet masła nie można. Może to Wielkanoc albo Adwent?
Wracając do kwestii skwerku: nic więc dziwnego, że nikt poza
jeńcami obozów zagłady nie chciał objąć tego miejsca w posiadanie:
miejsca, w którym trawa nigdy za wysoko nie wyrasta, gdzie panuje cień,
psie siki śmierdzą wyjątkowo kwaśno i nieprzyjemnie, a pijaczki popijają
piwko na co drugiej, obdrapanej z ciemnozielonego lakieru, ławce. I
jeszcze, gdzie siwy, potargany staruszek karmi codziennie gołębie o
zaropiałych oczach i połamanych nóżkach. Niech i karmi, co innego ma do
roboty, co innego one mają do roboty. Niech jedzą, na zdrowie.
Mijam Kurczaka, omijam skwerek szerokim łukiem, zmierzam w kierunku
ulicy Królewskiej, dawniej 18 stycznia. Mijam Park Krakowski, dochodzę
do Placu Inwalidów, w czasach sprzed reformy ustrojowej zwanym Placem
Wolności. Idę na przystanek, wypatruję autobusu 164. W trakcie
oczekiwania, a nadmienić należy, iż dzień jest wyjątkowo gorący, nad
wyraz duszny, a tłok na przystanku jest taki jak zawsze: przejebany. W
każdym razie, na myśl przychodzi mi wizja Krakowa post-apokaliptycznego.
Zastanawiam się, jakby to było, jakby nic było.
Najpierw
smog wybił tych bardziej wrażliwych: z astmą, krupem, mukowiscydozą,
alergiami i pozostałymi infekcjami górnych i dolnych dróg oddechowych.
Innych wykończył ZUS, fiskus, MOPS, Grodzki Urząd Pracy, mający swoją
siedzibę tuż przed końcem świata, przy ulicy Wąwozowej; wlepiająca
mandaty za niewłaściwie zaparkowane golfy i punciaki straż miejska; psy,
co to nigdy nie biorą w łapę; kanary, które nigdy nie odpuszczają;
starsze babcie, klepiące różańce w tramwaju numer osiem; dziadkowie,
plujący i smarkający bezpośrednio na chodnik (po co brudzić materiałowe
chusteczki i marnować te bardziej higieniczne, miękko-papierowe);
wrzeszczące i płaczące dzieci, zawsze chcące więcej, nigdy w pełni
niezadowolone; kobiety, zawsze chcące więcej, nigdy w pełni
niezaspokojone; mężczyźni, których już dawno nie ma, oni wyginęli jako
pierwsi, jeszcze na wojnie: pierwszej, a potem drugiej. Do trzeciej nie
dotrwali, trzecia wojna przyszła szybko i niespodziewanie, zastała nas z
ręką w nocniku, z lekko uniesioną lewą nogą, wciąż nieprzystosowanych,
niegotowych do skoku.
Trzecia wojna zaczęła się od smogu,
który wytruł co bardziej wrażliwych. Potem padły resztki mężczyzn, te
zniewieściałe, gejowate i shipsterzone; padli faceci z wąsami
wystylizowanymi równie mocno, jak ich fryzury na głowach (boki wygolone,
włosy na czubku głowy dłuższe, związane w koński ogon); oni nie
walczyli, ani nie bronili się, bo to nie byłoby trendy any poshy: modnie i cool
jest sączyć zimne piwo (rzecz jasna ciemne, niepasteryzowane, ważone w
tradycyjny, jedyny i właściwy sposób, ewentualnie sprowadzane z
południowej Pragi, tej czeskiej, lub z Berlina, z dzielnicy galerii
sztuki), podczas gdy zaraza i sprzymierzone wojska już-nie-tak-tajnej
koalicji rozpierdalają ludzi i kładą ich na ziemie i na chodniki, jak do
łóżek. Widziałam Rynek zasłany ciałami, całe Planty przykryte gęstą
masą cielesną: zapijaczoną, zapreclowaną, zakleparzoną, zakulturzoną.
Zasztukowaną. Brudne ciała w kolorowych fatałaszkach (poza czarnymi,
neo-hipsterskimi) zaścielały ulice i chodniki, trawniki i ujścia
piwniczek ściekowych, rzędami, piętrowymi rzędami rozchodziły się
ramiona martwych ciał: w Rynku było centrum, rosło serce, które już nie
było, bo nie biło; zwiotczałe ramiona ciągnęły się w stronę Wawelu,
Nowego Kleparza, Galerii Krakowskiej, Galerii Bronowice, Bonarki, Plazy,
M1 przy Alei Pokoju, CeHa Czyżyny, DeHa Wanda, Galerii Kazimierz i
kilku innych miejsc, tworząc tym samym figurę 2D o przedziwnym
kształcie, jeśliby spojrzeć na nią z góry. Potomni, rzecz jasna
przyjezdni i napływowi, nazwali tę figurę Rozgwiazdą Krakowską; widniała
ona potem w niektórych atlasach historycznych online, ale jedynie tych,
do których dostęp chroniony był płatną subskrypcją trzyletnią.
Widziałam Kraków post-apokaliptyczny, Kraków w gruzach, rządzony spod tęczowej flagi, ze studzienek ściekowych.
Widziałam odbudowane krypty wawelskie, w których spoczął Kaczyński,
obok swego brata i Komorowski tam spoczął, i Tusk również i nawet JPII,
którego sprowadzono z Watykanu na bardziej znamienite miejsce, na
miejsce większej godności, większej, bo cierpiętniczej, owianej
uświęconą, martyrologiczną mgiełką pijacką. Mgiełka składała się z
białej gęstej mazi i drewnianych krzyży, które cięły wokoło co popadnie.
Kłuła ta mgiełka i zakrywała święte tereny po średniowiecznym zamku
wawelskim, po nieistniejącym już grodzie.
fragment, 2015