czwartek, 11 czerwca 2015

Background



Bez głębszych przemyśleń i pomijając dłuższe chwile zastanowienia, podejmuję decyzję i zamierzam dotrzymać danego samej sobie słowa. Mimo, iż w przeglądarce odruchowo wpisuję adres Google, powstrzymuję się, żeby równie machinalnie nie wpisać pogoda Kraków. Sprawa nie jest tak prosta, jakby zdawać się mogło z początku. Dla równowagi, dla zaspokojenia budzącej się żądzy odruchów i przyzwyczajeń, wpisuję nazwisko włoskiego pisarza. Wzrokiem przelatuję biografię, przelotnie spoglądam na zdjęcie. Ostatecznie, wracam na Google i wpisuję pogoda Kraków. Wpisuję, wciskam enter i czekam. Momentalnie, bez zbędnych reklam i nachalnych pop – up’ów, które w internecie pełnią funkcję między innymi retardacyjną, pojawiają się obrazki, oznaczające pogodę na nadchodzące dni.
            Na dziś przewidziano chmurę. Wyglądam przez okno, siedzę akurat przy stole w kuchni, i utwierdzam się w przekonaniu, że jest nad wyraz słonecznie: ciepłe podmuchy wiosennego wiatru wpadają pod podwozia samochodów zaparkowanych wzdłuż asfaltowej drogi, suną pod nimi i delikatnie muskają filtry, przewody, silniki i pozostałe, samochodowe wnętrzności, ociekające czarną ropą, pachnące zimną rdzą, trzeszczące i cicho, rytmicznie dudniące.
            Ponownie spoglądam na rysunek chmury i na kolejne obrazki, ukazujące pogodę na najbliższe dni. Niezależnie od tego, czy przewidywania wirtualnych meteorologów mają rację bytu czy też nie; czy sprawdzą się czy nie; czy odnajdę miłość czy nie: czuję się spokojniej. Bezpieczniej. Jest coś stałego, coś organizującego, coś znanego i w ramach tej konwencji możemy podjąć dyskusję na argumenty. Na konkrety.
*
            Kolejny odruch polega na sprawdzaniu telefonu: naciskam palcem środkowy guzik, który jest jednym z dwóch tylko guzików, w które został zaopatrzony biały telefon marki El Dżi. W sumie, tak sobie myślę, całkiem fajne imię dla psa albo dla bohaterki kubańskiej powieści z gatunku magicznego realizmu: El Dżi: Eldżi miała długie włosy, zwykle chodziła w zwiewnych, błękitnych sukienkach, małe piersi odznaczały się ostrym, kanciastym zarysem spod trochę nazbyt przepoconej, lnianej, bluzki. Dziewczynie często towarzyszył bury kundel, mały pies o tym samym, co ona, imieniu. Szli razem, pod wiatr, pod kubański wiatr i podśpiewywali sobie: Angie, oh, Angie…
Wracając do kwestii telefonu: wciskam guzik, sprawdzam, co na ekranie. Jeśli jest wiadomość – czytam. Jeśli powiadomienie – nie czytam. Jeśli nie pojawia się nic prócz daty, godziny i poziomu nasłonecznienia atmosfery oraz nawodnienia gleby poprzez powietrze, w znaczeniu takim, że przestrzeń powietrzna staje się niejako tunelem, drogą dla deszczu, dla kropel, jeśli więc nic więcej się nie pojawia, wtedy nie odblokowuję telefonu i poprzestaję jedynie na skonstatowaniu faktu, iż nikt nie napisał.
*
            W jej spojrzeniu dostrzegłam zakamuflowany pytajnik. Nie podjęłam wyzwania, weszłam do gry, posłusznie stosując się do jej reguł. To, co chciała usłyszeć, odpowiedź, której oczekiwała – została udzielona. Jestem posłuszna, mamo. Jestem taka, jaką nauczyłaś się mnie widzieć.
            Ciemną nocą idę od strony przystanku autobusowego, nie słychać, żeby coś jechało. Spoglądając w stronę południowo – zachodniego nieba, jednocześnie błądząc językiem wzdłuż górnego łuku zębowego, szukam układu gwiezdnego Plejad. Punktem orientacyjnym jest, rzecz jasna, konstelacja Oriona. W międzyczasie czuję, że lewa dłoń zadrgała dwukrotnie, prawa noga zstąpiła z krawężnika, nie zauważając go uprzednio. Schodzę. Chwieję się; prawie upadam.
            Niepokalana. Pod paznokciami żwir. Pod powiekami gruz. W głowę strzał.
            Szczerze? Tak. Tak właśnie uważam. Jesteś winna. Jesteś wszystkiemu winna.
*
Dziwne, a może nie tylko dziwne, co ciekawe jest to, że, kiedy przed chwilą roześmiałam się pisząc o Eldżi, złożyłam dłonie i przysłoniłam nimi usta i nos, tak żeby śmiech nie uciekł, nie rozpierzchł się, żeby został ze mną na dłużej. Robiąc to bezwiednie, poczułam twój zapach, silny zapach ciebie i twojego ciała. Ostatnio bardzo mocno czuję cię na sobie, na ciele, czuję też twój zapach. Ciekawe, że właśnie pożyczyłeś mi do przeczytania „Imię, zapach” Italo Calvino.
fragment rozdziału "Background", 2015

środa, 27 maja 2015

Biegnę (przez zimowy las)

Biegnę nago przez zaśnieżone pola, przez oblodzone łąki,
zamarznięte pąki makowe wbijają się w palce stóp,
ranią kostki.
Łudzę się, że im szybciej będę biec, tym wolniej będę zamarzać.

Słyszę, że idziesz za mną, twoje buty
łamią z impetem kruchą lodową pokrywę,
a oddech jest szybszy od biegu i trująca,
chrzęszcząca para wyprzedza cię o dwa kroki.
Uprzedza.

Zimny, zimowy lesie. Nie przeciekaj.
Nie krwaw pustymi ławkami,
nie cieknij głuchą ciszą,
nie ulatniaj się,
nie wypadaj z otwartych dłoni, z rozplecionych palców.

Na karku czuję chłód twojego głosu.
Śledzi mnie pusty cień, okrąża
dudniący stukot i zduszone przekleństwo,
tłuste jak mój warkocz,
ciężki od wody, którą nasiąkł kiedy latem
kochaliśmy się w jeziorze,
skryci w tataraku,
wpatrzeni w czarne niebo pełne gwiazd.

Biegnę dalej. Przyśpieszam. Uwalniam się
od twojego głosu, który pętlą zawisł na mojej szyi.
Uwalniam twój uścisk, upuszczam poszarzałą dłoń.

Nie szukaj mnie.
I tak mnie nie znajdziesz, nie dogonisz.

Zamrożone słowa utykają w gardle,
kołaczą się w krtani, wyplute
plątają wśród drzew.

Zamarznięte gałęzie, ostre jak brzytwa,
tną nas na kawałki.

Mówią o nas wolno, szepczą o ostatniej,
wspólnej zimie.

Uwalniam ostatnie tupnięcie,
głośne i straszliwe, że
aż oddech staje.

Teraz już wiem, już wierzę,
że mnie nie dogonisz. Nie złapiesz,
nie pojmiesz, nie usidlisz.

Jeszcze bardziej przyśpieszam.
Liczę, że został mi choć jeden
oddech wolności, zamrożony las
kusi mnie i woła w głąb siebie.

W szczelinie zamarzniętych ust
wylęgają się pierwsze słowa
piosenki o nieznanym tytule.

Wciągam powietrze głęboko przez nos
i liczę do czterdziestu.
Z każdym wydechem jest mnie mniej,
Każde uwolnione słowo
grzęźnie w rozchełstanej wydmie z śniegu,
w poszarpanym szronie, w tafli z błękitnego lodu.

Wolność jest mroźna, z pasją bije w gongi z lodu,
ciągnie za rozwiane włosy, gryzie w odmrożone ucho.

Wolność jest
białą zimą, która nie pozwala zasnąć,
zamrożoną siłą, która nie daje odpocząć
księżniczką z mrozu i lodu, która nie
2014

środa, 13 maja 2015

Okna



Okna zdjęli już dawno. Nie pamiętam dokładnie, kiedy to było, ale na pewno dawno. Co było potem? Potem położyli je pod ścianą, o tu, gdzie teraz leżą i mieli wywieźć następnego dnia.

Czekałam od samego rana, ale nie przyjechali. Nie pojawiali się też kolejnego dnia, ani jeszcze następnego. Wcale się nie pojawili.

Od tego czasu leżą te okna, o tu, pan sobie popatrzy. Popodziwia. Nie, nie sprzątam ich, bo i po co? Już przywykłam do ich widoku, a i dzieci mają frajdę. Wie pan, córka moja, to najmłodsze, co na boso lata, to chyba baletnicą będzie. Ona to potrafi, mówię panu, wskoczyć na te okna i lekkim krokiem stąpać po framugach. Tańczy na rozbitych oknach, na potłuczonych szybach i wygląda jak gwiazda z serialu.

Nie, ja nie tańczę. Za stara już jestem i za poważna, proszę pana. Matkom to już tańce nie przystoją. A i czasu też nie ma. Ani głowy.

Wie pan, kiedyś, zadrasnęła się. Noga jej się omsknęła, łydką przejechała po krawędzi szyby…Aj, krwi było co niemiara. Już się bałam, że nie zatamujemy, ale się udało.

Ale dalej tańczy. Nie przejęła się ani trochę, diablica jedna. Czemu jeszcze bandaż nosi? A, bo to się niedawno stało, z rok czy dwa lata temu…Rana jeszcze nie w pełni zagojona. Wiem, wiem, że bandaż brudny. A jaki ma być, jak ona ciągle ino po tych oknach skacze i tańczy?

Z cyklu: Trzysta Cieni, 2014

Matka



Matka mówiła mi często: nie krzyżuj nóg, to nieprzyzwoite. Słuchałam jej i robiłam, o co prosiła. Jednak, gdy tylko zalazłam się sama w swoim pokoju, nogi automatycznie wracały na swoją właściwą pozycję, do swego naturalnego stanu. Jeśli siedziałam, prawa noga zawsze szła nad lewą, okrywała ją i dawała cień. Jeśli siedziałam na podłodze i nogi wyciągnięte były do przodu, wtedy krzyżowałam je w kostkach. W tej konfiguracji to lewa była górą i wgniatała prawą w parkiet lub wersalkę.

Nie wiem czy to z powodu niekrzyżowania czy wrodzonej determinacji, dosyć szybko poznałam zalety męskiego ciała. Młode, silne, jędrne i umięśnione często konkurowało z tym bardziej wiotkim, mniej elastycznym, acz bardziej wprawnym. Ciałem.

Mijały dni, mijały lata. Matka mocno się postarzała, ja dorosłam. Wieczorami często siadamy razem i rozmawiamy. Matka już nie mówi, żebym nie krzyżowała nóg. Nie przypomina też, żebym za często ich nie rozkładała. Nie. Jest kulturalną matką, z klasą i matczyną dostojnością.

Jeśli jest wieczór i akurat nie rozmawiamy, wtedy wychodzę przed blok. Spaceruję wokoło, głaszczę poranione tynki, podziwiam cienie, które nie wiem co rzuca na szare mury. Raz nawet polizałam ścianę bloku, ale było to dawno temu, jeszcze w podstawówce.

Matka mówiła mi często: no, zobaczymy co z ciebie za ziółko wyrośnie. A jeśli nic nie wyrośnie? To co wtedy, mamusiu?

Pytam się ścian, pytam się nieruchomych cieni, oniemiałych chwastów. Ale nie ma odpowiedzi. Cicho i głucho. Wokoło. Nikt już nie śpiewa.

Z cyklu: Trzysta Cieni, 2014 


wtorek, 3 marca 2015

Kawa na Stolarskiej

Zawsze czuję wewnętrzną radość, zwaną przeze mnie radością w brzuchu, kiedy idę przez Sienną letnim popołudniem. Mam taką niepisaną tradycję, która zawiera w sobie następujące części składowe:

Jeden. Stukają tępo obcasy, deptam z humorem kocie łby. Jeden za drugim prowadzą mnie w to samo miejsce.
Dwa. Chodnik jest chłodny, nie przepuszcza ciepła, które chroni się w szczelinach pomiędzy kamienicami. Wsiąka w cegły, topi się w starym tynku.
Trzy. Kawa na Stolarskiej zawsze jest taka sama. Duża i ciepła i to są jej główne zalety. Reszta mnie nie interesuje, bo kto interesowałby się czymś, co dopiero ma nadejść i jeszcze się nie zmaterializowało w naszym polu morfogenetycznym?
Cztery. Świadomie i zdecydowanie odrzucam wspomnienie, które zawsze pojawia się w tym miejscu, w podpunkcie numer cztery. Czasem zjawia się nieco wcześniej, pomiędzy dwójką i trójką, ale ostatnio dużo nad sobą pracowałem, dlatego wspomnienie pojawia się dopiero przy czwórce.

Zapominam. Zapominam i odrzucam następujące obrazy, które mimowolnie pojawiają mi się przed oczami w podpunkcie czwartym, lub czasem (ostatnio zdecydowanie rzadziej) pomiędzy podpunktem drugim i trzecim:

Obraz pierwszy. Idziemy razem Sienną. Trzymamy się za ręce. Ty masz rozpuszczone włosy, świeżo tlenione na kolor jasny blond. Świergotasz i śmiejesz się tak dziecięco; promiennie i naturalnie.
Obraz drugi. Stajemy. Przysuwamy się bliżej kamienicy, tej zaraz za zielonym kioskiem na kółkach. Pachniesz wodą morską, kostkami lodu i malinami z miętą.
Obraz trzeci. Robi się gorąco. Nie rozglądając się wokoło, przecież późno już i ciemno, przyciskam cię mocniej do ściany. Obracam tyłem. Masz zwiewną sukienkę i lekkie, zwiewne pragnienia.
Obraz czwarty. Paznokcie szukają szczelin, punktu zaczepienia. Dusisz w sobie krzyk, trochę tynku spada wprost na ziemię. A trochę na moje buty. Głośno się potem z tego śmiejemy.
Obraz piąty. Pijemy kawę na Stolarskiej. Kawa zawsze jest taka sama. Duża i ciepła i to są jej główne zalety.
Z cyklu Trzysta Cieni, Galeria Słowa, 2014

środa, 31 grudnia 2014

Bose stopy na zielonej trawie, na wilgotnej ziemi. Bose stopy.



Siedzę z prostymi plecami. Łopatki ściągam do tyłu, rozchylam mimowolnie wargi. Stoisz naprzeciwko mnie. Patrzysz daleko, przeze mnie. Podchodzisz bliżej dopiero po trzech głębszych oddechach. Nadal stojąc, kładziesz mi na ramionach dłonie i prawym kolanem rozsuwasz nogi. Moje uda są ciepłe i pachnące. Świeże, miękkie i przytulne.
Wyginam plecy w łuk, głowę odchylam do tyłu. Czas zanikł, trzy zera i jedynka wiedzą o tym najlepiej. W tej mistycznej wręcz chwili zawsze myślę o zimie albo o kosmosie. Jestem korzeniem, jestem portalem, jestem magiczną bramą do wszystkich wymiarów. Możesz mnie posiąść, jeśli będę miała na to ochotę, a ty wystarczający zapas sił i chęci. Cii, sączy się z nieba czysty śnieg. Ktoś rozkruszył bułkę, okruszynki zaścieliły zielony dywan w ogrodzie.
Bose stopy na trawie, niczego więcej nie pragnę. Bose stopy na ciepłej, wilgotnej trawie. Słoneczny poranek. Robię skłon do przodu, pochylam się, tak żeby zrobić ci miejsce. Bose stopy na ciepłej, wilgotnej trawie.
Kapie ciepła krew, żywy dowód naszego zespolenia. Naszej ciepłej, wilgotnej miłości, bose stopy na zielonej trawie. Na brązowej ziemi. Na czarnym węglu. Na wodzie. Na ciepłym źródle. Na złocie. Na żelazie. Na sferycznym krysztale.
Bose stopy chłoną z ziemi, z zielonej trawy, chłoniemy razem.
Lato już niedługo. Już mniej niż pół roku. Wytrzymam. Wytrzymam.
Bose stopy na trawie, na zielonej trawie. Na wilgotnej ziemi.

Z cyklu Dzienniki, 2014

Idąc Plantami / Budda

Idąc Plantami, zatrzymałem się nieco zdziwiony na widok siedzącego pod drzewem tłustego kolesia z obwisłymi uszami i okrągłą, uśmiechniętą gębinką. Taką poczciwą i niesmacznie radosną. Dobrotliwie rubaszną.

Z każdą chwilą robiło się nas coraz więcej: przechodnie zatrzymywali się, żeby sobie popatrzeć. Zrobiło się zbiegowisko, wielka gromada ludzi, której nie mogłem strawić, ale nie chciałem jeszcze odchodzić. Nie mogłem, nie potrafiłem zrozumieć, a nie miałem odwagi zapytać.

Nie wiedziałem czy w ogóle można zapytać.

Po chwili dłuższego namysłu postanowiłem wspiąć się na drzewo. Nie sprawiło mi to zbytniego kłopotu, mimo, że pień był oblodzony. Znalazłem sobie gałąź, która była na tyle spora, że zmieściły się na niej moje cztery litery. Oparłem się plecami o przemarzniętą do kości korę.

Spojrzałem w górę. Nie byłem sam.

Nade mną rosło gniazdo pełne maleńkich, ćwierkających wróbli. Przekrzykiwały się nawzajem i nie dopuszczały do głosu. Małe skrzydełka były chłodne i poranione, z głuchym trzepotem uderzały o siebie i strącały grudki pokruszonego lodu i połamany puch. Nie mogły odlecieć. Nie mogłyby.

Nie wiedziały czy można, nie wiedziałem, że można.

W końcu zapalili latarnie, ludzie się rozeszli, a ja postanowiłem zostać na drzewie. Przynajmniej tymczasowo, dopóki nie zrozumiem z czego on się tak śmieje.

(Nade mną gniazdo poranionych ptaków, pode mną Budda siedzi zamyślony. Nie ma mnie.)

Z cyklu Trzysta Cieni, Galeria Słowa, 2014
Pamiętam ten dzień, kiedy po raz pierwszy zobaczyłem w kuchni rozlane mleko. Zalana była połowa czarnej podłogi. Stanąłem nad plamą jak wryty, przyglądałem się jej i nie rozumiałem.

Dziękujemy Ci Panie Jezu Chryste i błogosławimy Tobie, żeś przez krzyż i mękę swoją odkupiłeś świat.

Pamiętam, że potem zaczęło się to zdarzać coraz częściej. Raz na tydzień, raz na trzy dni, a potem już codziennie. Codziennie, kiedy rano przychodziłem do kuchni, podłoga zalana była białym, zimnym mlekiem. Stałem, przyglądałem się i nie pojmowałem.

Dziękujemy Ci Panie Jezu Chryste i błogosławimy Tobie, żeś przez krzyż i mękę swoją odkupiłeś świat.

Pamiętam szok, jakiego doznałem, kiedy po raz pierwszy przyłapałem cię na gorącym uczynku. Stałaś przed otwartą lodówką, w prawej ręce unosiłaś otwarty karton. Widzę teraz, jakby to było dziś czy wczoraj, widzę, jak unosisz karton i jak przechylasz go w taki sposób, że mleko wylewa się na otwarte drzwi lodówki, rozchlapuje o uszczelkę, spływa po kancie. Po opróżnieniu opakowania, zamykasz lodówkę i wyrzucasz karton do śmieci. Przechodzisz obok, zupełnie mnie nie zauważając. Potrącasz mnie prawym barkiem, ale to cię nie otrzeźwia. Jak w malignie, we śnie, który trwa zdecydowanie zbyt długo, przeżywamy swoje własne deja vu.

Dziękujemy.

Z cyklu Trzysta Cieni, Galeria Słowa, 2014

Przedłużanie linii życia

Jeśli spojrzycie na wnętrze swojej lewej dłoni, to jedna z linii, która rozpoczyna swoją drogę pomiędzy kciukiem, a palcem wskazującym i biegnie łukiem w stronę nadgarstka, będzie waszą linią życia.

Zawsze uważałem, że długość tej linii oznacza długość naszego życia. Moja niestety była bardzo krótka: prosta i gruba, ale krótka. Ta sprawa spędzała mi sen z powiek. Bałem się, że koniec nadejdzie szybko i niespodziewanie. Przestałem więc wychodzić z domu.

Zamknąłem się w mieszkaniu, bo uznałem, że tam będzie najbezpieczniej. W okna kazałem wstawić kraty i liczyłem, że tym sposobem uda mi się przechytrzyć przeznaczenie.

Czekałem rok, czekałem drugi. Z moich obliczeń wynikało, że zostało mi może parę miesięcy życia. Wtedy też wpadłem na genialny pomysł. Otóż, wyczytałem gdzieś, że linie papilarne mogą zmieniać się z biegiem lat. Tym samym zmienia się i nasz los. Dlaczego więc nie pomóc szczęściu?

Postanowiłem przedłużyć sobie linię życia sposobem ręcznym, domowym. Niestety, swojego czasu powyrzucałem z domu wszelkie ostre narzędzia, w tym noże i żyletki. Mieszkania już od dawna nie opuszczałem, a nie były to jeszcze czasy, kiedy zakupy można było sobie zamówić z dostawą pod drzwi.

Po kilku dniach rozmyślań i nieudanych prób przedłużenia linii paznokciem, wyjrzałem przez szybę i wtedy mnie olśniło. Otwarłem okno, przecisnąłem rękę pomiędzy prętami i delikatnym wnętrzem dłoni zacząłem szukać chropowatego, zaostrzonego fragmentu kraty. Po chwili znalazłem jeden odstający kawałek metalu, ale był za daleko, żebym z chirurgiczną precyzją był w stanie przedłużyć sobie życie.

Zdesperowany i zmęczony absurdem całej tej sytuacji, zacząłem walić ręką na ślepo. Po niedługiej chwili, krew ciekła mi z dłoni strumieniem. Otarłem ją o ścianę i schowałem się z powrotem do środka. Przyszła pora na ocenę skuteczności podjętych działań.

Skóra z palców zdarta, lakier powbijany pod paznokcie, poszargane nerwy…A linia życia ani rusz. Nawet na milimetr nie posunęła się do przodu. Nie wydłużyła. Nadal kończyła się w połowie dłoni i ewidentnie nie zamierzała ruszyć się z miejsca.

Jakiś czas później przyszli malarze i pomalowali ścianę domu na ciemny kolor. Mniej więcej w tym samym czasie wyczytałem w internecie, że rodzimy się z konkretną liczbą oddechów, przeznaczoną nam na życie. Tak więc, im wolniej i rzadziej oddychamy, tym dłużej będziemy żyć. Myślę, że coś w tym jest i od tego czasu staram się mało oddychać. Ostatnio idzie mi coraz lepiej i oddycham jedynie sporadycznie. Jeśli opanuję tę sztukę do perfekcji i przestanę w ogóle oddychać, wtedy mój cel z pewnością zostanie osiągnięty.

Z cyklu Trzysta Cieni, Galeria Słowa, 2014

wtorek, 9 grudnia 2014

UPADEK

     - Słyszysz?
     - Nie.
     - Słyszysz? – ewidentnie się nie poddawała.
     - Przecież już mówiłem, że nie.
     - Ale teraz czy słyszysz, nie wtedy!
     Wziąłem głęboki oddech. Zamknąłem oczy. Powietrze było duszne i dało się wyczuć zapach pieczonego kokosa. Ale kto i po kiego, piekł by kokos na tym odludziu…?
     - Ewa, przepraszam cię, ale naprawdę nic nie słyszę.
     Dziewczyna z cichym jęknięciem opadła na ziemię. Nie potrafiła ukryć złości, ani rozczarowania: oddychała płycej, szczęki jej się zaciskały, a małe palce dudniły o wyschniętą ziemię.
     Usiadłem po turecku pod ścianą komory. Nadal nie odstępował mnie ten dziwny, słodkawy zapach, ale w obecnej chwili miałem ważniejsze sprawy na głowie, niż zastanawianie się nad tym, skąd może pochodzić.
     Postanowiłem przeprowadzić szybką analizę, tak jak nas tego uczono w Brygadach. Co prawda, spędziłem z tymi popaprańcami ledwie trzy miesiące, ale to wystarczyło, żeby nauczyć się od nich wszystkiego, co mogło być przydatne w walce o przetrwanie.
     Po pierwsze: ustalenie czasu i miejsca akcji oraz bohaterów. A zatem: była noc trzeciej doby, odkąd wyruszyliśmy z naszego obozu. Razem z Ewą i nieprzytomnym Sołtysem, znajdowaliśmy się na samym dole piekielnie wysokiego szybu. Nie byłem pewien czy wpadliśmy tutaj przez przypadek, czy była to celowo zastawiona pułapka na nieproszonych gości? Tak czy inaczej, szyb był ogromny i już półtora dnia minęło, odkąd się tutaj znaleźliśmy.
     Sołtys, nasz poczciwy przyjaciel, stracił przytomność zaraz po upadku. Żył, oddychał, nie widać było otwartych ran ani złamań. Znajdował się jakby we śnie, bo co jakiś czas zadrżała mu ręka albo zgięła się noga…Gałki oczne poruszały się gwałtownie to w jedną, to w drugą stronę. Zatem: oddychał, śnił i najwyraźniej bawił się w najlepsze, bo nie widać było po nim zamiaru, żeby się obudzić i pomóc nam kombinować, jak się wydostać z tej czarnej dziury.
     Ewa z początku była spokojna, dopiero parę godzin temu cisza i ciemność zaczęły rzucać jej się na mózg. Usłyszała coś – jakby jęknięcie, a może westchnienie? Potem były stuki i dudnienia, których ja nie usłyszałem ani razu. Czy to ze mną było coś nie tak czy raczej z nią?
     Przysnąłem. Śniło mi się jasnoróżowe światło, dąb o potężnych korzeniach i wpleciony w nie drewniany dom.
     Nie wiem jak długo spałem, na pewno za krótko, żeby zregenerować siły. Jednak obudziłem się w samą porę, aby zobaczyć, że Ewa wspina się po płaskich ścianach do góry nogami. Wyglądało to makabrycznie, jakby wizja ze straszliwego koszmaru: dziewczyna zwrócona twarzą w dół, unosiła się na rękach i poruszała nogami, jak pająk na wstecznym biegu.
     Nie wytrzymałem napięcia. Krzyknąłem z przerażenia, Ewa była już prawie w połowie drogi. Musiało ją to rozproszyć, wybić z rytmu. Ewidentnie straciła koncentrację: zwróciła głowę w moją stronę, a potem najpierw nogi, a następnie ręce, odkleiły się od gładkiej powierzchni szybu, dziewczyna zrobiła salto w tył i z głośnym hukiem uderzyła plecami o ziemię.
     Stałem zszokowany i nie byłem w stanie się poruszyć. Dopiero kiedy usłyszałem cichy szelest, podbiegłem pędem do Ewy i kucnąłem przy niej. Wziąłem jej rękę i przycisnąłem do ust. Nie byłem w stanie nic powiedzieć, przemożna chęć płaczu mieszała się z uczuciem tracenia przytomności.
     Po chwili poczułem, że otwarła oczy i spojrzała na mnie; poczułem, bo było zbyt ciemno, żeby być tego pewnym.
     Wysuszone usta otwarły się, oddychała resztkami sił. Czułem, jak ulatuje z niej dusza, jak rozpływa się świadomość, jak rozpuszcza się jej byt.
     Minęło parę, może paręnaście godzin. Siedziałem bez ruchu, wpatrzony w ścianę, która stała metr przede mną. Ewy już tutaj nie było, od dłuższego czasu przestałem również słyszeć niewyraźny oddech Sołtysa.
     Ciemność przygniatała mnie, osaczała i mąciła myśli. Wysysała ze mnie radość i nadzieję.
     Ciemność nie poddawała się i wierzyła w swoje zwycięstwo. Nie wiedziała jednak, że spędziłem trzy miesiące w Brygadach, a to wystarczyło, żeby uodpornić się na strach i wyrobić w sobie wolę przetrwania za wszelką cenę. „Nigdy się nie poddawajcie.” – tak nam zawsze mówiono.
     Mijały kolejne godziny. Wykończony brakiem wody, jedzenia i świeżego powietrza, musiałem stracić przytomność. A może jedynie zasnąłem? Ponownie śniło mi się różowe światło i skąpany w nim drewniany dom, zbudowany wśród dębowych korzeni. Tym razem dom nie stał pusty: była w nim Ewa i w ceglanym piecu piekła kokosy: słodki zapach unosił się wszędzie dookoła.
     Wtedy zrozumiałem. Tak naprawdę, nigdy nie opuściliśmy domu. Cały czas byliśmy wewnątrz, a wszystko, co wokoło, było jedynie złudzeniem i duszną fatamorganą. To dlatego wciąż czułem zapach pieczonych kokosów, nawet tutaj, na takim odludziu…
     Nigdy nie było upadku.
     - Słyszysz? – spytała Ewa.
     - Słyszę. Teraz już słyszę.